Jak śpiewają syreny
Z "Ariosa" Tomasza Cyza przebija autentyczna miłość do teatru, opery, muzyki i sztuki. To procentuje. "Arioso" to przeżywanie sztuki. Bez przeżuwania.
- Marzenie o pięknym kraju
- Straszny sen o pięknym Krakowie
- Nieznany Verdi i Teodor w Poznaniu
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-05-24

temp. min 8°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Na okładce tomu widać zaprojektowany przez Karla Friedricha Schinkela projekt Pałacu Królowej Nocy z "Czarodziejskiego fletu" Mozarta. Chmury i księżyc, Królowa Nocy wśród gwiazd. Banalny obrazek, jakby wyjęty z dziecinnej bajeczki. To trafny trop, bo w ujęciu Cyza każde spotkanie z teatrem operowym stanowi pierwszą, zasłyszaną jeszcze w dzieciństwie legendę. Jest opowieścią o walce serca i duszy, o cierpieniu i przeznaczeniu, niebie i piekle. Cyz nieustannie szuka swojej Królowej Nocy. Pyta, gdzie mieszka muzyka?
"Arioso" jest przewrotnym przewodnikiem muzycznym i teatralnym. Zawiera rzetelne opisy najsłynniejszych oper i przedstawień, nazwiska głośnych reżyserów, przede wszystkim jest jednak prywatną wędrówką autora. Dla Tomasza Cyza pisanie o muzyce - w korelacji z teatrem, literaturą i kinem - jest bowiem zawsze, do pewnego stopnia, pisaniem o sobie. Nie można stłuc lustra, poprzez które oglądamy teatr. To zwierciadło jest prywatnym "szkiełkiem i okiem", destylującym erudycję i intuicję, przeczytane lektury, obejrzane filmy. Jest pamięcią niedawnych doświadczeń i antycypacją przyszłych. Dlatego Cyz nieustannie mnoży pytania, szuka odpowiedzi. Dylematy muzykologiczne i teatrologiczne nie są dla niego górą nie do zdobycia, ale jest nią odpowiedź na pytanie: "Jak śpiewają syreny?". Syrena z opery Dvořáka, syrenka z baśni Andersena, wreszcie seksbomba w płetwie z mrocznych i perwersyjnych snów, jest istotą poza płcią.
To ważny punkt odniesienia dla "Ariosa". Autora intryguje bowiem wyszukiwanie w librettach i inscenizacjach elementów niejednoznacznych, inwersyjnych, jawnie biseksualnych. Teatr operowy może być miejscem, w którym niejednoznaczności budują esencję, a weryzm nie jest możliwy. Opera dla Cyza to ciągle nowe terytoria muzyczne, które spotykają się na wspólnym szlaku z terytoriami myślowymi inscenizatorów. Dlatego obok nazwisk Mozarta, Strawińskiego, Verdiego, Fauré czy Purcella, niemal na równych prawach funkcjonują w tomie nazwiska najwybitniejszych twórców teatru operowego - Davida Poutneya, Petera Sellarsa, Josepha Loseya, Roberta Wilsona.
Osobne miejsce w tej wyliczance gigantów należy się Mariuszowi Trelińskiemu, z którym Cyz - jako dramaturg - ściśle współpracował za czasów jego dyrekcji w Teatrze Wielkim. Nie dziwi
mnie ta kooperacja. Wrażliwość Trelińskiego sytuuje się blisko wrażliwości autora "Ariosa". Dla Trelińskiego opera jest śmiertelną chorobą, łączącą chorobliwe
miazmaty przeszłości: tak zwane tradycję i nowoczesność. W operowych poszukiwaniach Treliński nie walczy z tą chorobą. Wchłania wszystkie złe naleciałości, zbiera repryzy, a następnie
szantażuje je niesamowitą, filmową wyobraźnią, w końcu przebiera w zupełnie nowe kostiumy (świat opery łączył się od zawsze ze światem mody), radykalizuje doskonale znane arie
niepoprawnym, z reguły bardzo pięknym teatrem. Dandysowatym, wyrafinowanym, gęstym. Takiemu teatrowi kibicuje także Cyz, taką operę kocha. W "Ariosie" udowadnia także, że
klasyczny tekst operowy można przeczytać współcześnie. Pierwszy raz. Poprzez materiały ikonograficzne, celną myśl Julii Hartwig, wiersz Świetlickiego, bon mot Victora Hugo, albo scenę z
filmu "Bliżej" Mike’a Nicholsa…

















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!