Morderstwo Elisabeth Short, bezdomnej kelnerki aspirującej do kariery w Hollywood, zdarzyło się zanim przyszedł pan na świat. Dlaczego ta historia towarzyszyła panu od najmłodszych lat?

Kiedy moja matka została zamordowana w czerwcu 1958 roku, zamieszkałem z ojcem. Ciekawy facet, w latach 40. był menedżerem Rity Hayworth. Chyba się w niej kochał, a może nawet coś ich łączyło. Wtedy też, po śmierci matki, dostałem świra na punkcie książek kryminalnych. Pamiętam, jakby to było wczoraj - ojciec kupił mi na 11. urodziny słynną książkę Jacka Webba "The Badge" o policji w Los Angeles. A Historię Czarnej Dalii też znałem od dzieciństwa. Matka zginęła w podobnych okolicznościach - traktowałem te dwie historie jako warianty tego samego zdarzenia, choć wiem, że to duże uproszczenie. Bo słowami nie da sie wyrazić, jaki wpływ na psychikę dziecka ma brutalna śmierć rodzica.

Długo nie mógł się pan z tym pogodzić?

Tak, miliony razy opowiadałem o morderstwie mojej matki, opublikowałem "My Dark Places" - wspomnienia z tym związane. Bardzo długo walczyłem z demonami przeszłości. Temat jest już wyeksploatowany, a demony dawno pokonałem, więc nie ma powodu powtarzać tego po raz setny. Ale nie mogę powiedzieć, żebym był z tej przyczyny jakoś szczególnie szczęśliwy. Szczerze mówiąc, jestem stary, zdesperowany, samotny i napalony. Po rozwodzie wróciłem do Los Angeles. Mam nową dziewczynę, aktorkę telewizyjną, do niedawna miałem nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Ostatnio nawet jej się oświadczyłem, ale odmówiła. Moje życie osobiste ma najwyraźniej duży wpływ na moją twórczość. Zresztą, w najnowszej książce po raz pierwszy kobieta zdominuje akcję.

Więc nie ma mowy o kryzysie twrczym?

Bawi mnie, jak niektórzy pisarze opowiadają, że siedzą godzinami nad pustą stroną i wena złośliwie nie chce na nich spłynąć. Nie mam takich dylematów, jak mi się nie chce pisać, to nie piszę. A kiedy już piszę, to o każdej możliwej porze, zwykle byle gdzie. Jest tylko jeden warunek, żeby dobrze mi szło: kawa. Dużo kawy. Do tego papier i długopis. I świat może zniknąć. Nie używam komputera, od 24 lat zatrudniam stenotypistkę, która przepisuje wszystko, co nabazgrolę na karteluszkach. Podobnie bawią mnie pytania, co bym robił, gdybym nie był pisarzem. Nie jestem zwolennikiem myślenia hipotetycznego, bo ono nie pomoże mi przemieścić się w życiu z punktu A do punktu B. Zanim napisałem w wieku 32 lat pierwszą książkę, nosiłem kije golfowe w Los Angeles. Gdybym nie wymyślił dla siebie innego scenariusza, prawdopodobnie robiłbym to do dziś.

Czy najnowsza powieść będzie trzecią częścią trylogii "Underworld USA", rozpoczętej w 1995 roku książką "Amerykański spisek"?

Tak, pracuję teraz nad kontynuacją "Sześciu tysięcy gotówką", czyli drugiej części trylogii. Jej akcja kończy się latem 1968 roku, tuż po zamachu na Roberta F. Kennedy’ego. Zamierzam pociągnąć historię do 1972 roku. Od jakiegoś czasu książki, które piszę, to już raczej nie kryminały, ale powieści historyczne. Sam za dużo nie czytam, nie mam też telewizora. Najczęściej leżę sobie w ciemnym pokoju i myślę. Czasem się modlę, czasem próbuję medytować. Gdy już naprawdę nic mi nie idzie, bo na przykład za bardzo tęsknię za byłą żoną, wtedy wiem, że czas na siłownię. Do kina nie chodzę, bo dożyłem takich czasów, kiedy w kinie trzeba oglądać reklamy. Koszmar.

Jest pan fanem amerykańskiej historii?

Jestem przede wszystkim fanem Ameryki. Kocham ten kraj, choć jednocześnie wiem, że niewinność to ostatnia cecha, jaką można mu przypisać. Na dodatek nam w Ameryce wydaje się, że lata 40. i 50. to były najlepsze czasy, bo nikt wtedy nie słyszał o chorobach przenoszonych drogą płciową. Cóż, mam nadzieję, że w moich książkach widać, że rzeczywistość była bardziej złożona... Wiele razy rozmawiałem z dziennikarzami, którzy dwoili się i troili, żeby jakoś mnie sprowokować do krytykowania prezydenta Busha i wojny w Iraku. To się nie uda, nie mam natury kontestatora ani nie jestem lewakiem. Nie ma więc szans, żebym mówił źle o swojej ojczyźnie. To byłby wyraz najwyższej nielojalności.

Uważa pan, że istnieje coś takiego jak amerykańska kultura, czy może zgodzi się pan z Woodym Allenem, który twierdzi, że jedyną kulturą w USA jest kultura bakteryjna w jogurcie?

Pieprzyć Woody’ego Allena! (zadowolony Ellroy zaczyna kwiczeć jak prosiak).

"Czarna Dalia" jest po "Tajemnicach Los Angeles" kolejną ekranizacją pańskiej książki. Dlaczego tym razem nie jest pan autorem scenariusza?

Scenariusze filmowe piszę wyłącznie dla pieniędzy, kompletnie mi nie zależy, kto zajmie się ich realizacją. Gdybym się nad tym zastanawił i - nie daj Boże - zaczął analizować kulisy pracy filmowych gigantów, jakikolwiek proces twórczy w moim wykonaniu byłby skazany na porażkę. A więc ujmijmy to tak: jestem wdzięczny losowi, że mam możliwość zarabiania niezłej kasy jako scenarzysta, reszta kompletnie mnie nie interesuje. To, na przykład, czy film według scenariusza kiedykolwiek powstanie. Biznes filmowy jest całkowicie nieprzewidywalny i nie rządzi się prawami logiki. Sukces filmu "Tajemnice Los Angeles" do dziś pozostaje dla mnie zagadką...

Rozumiem więc, że średnio interesuje pana obsada takiego filmu?

Jeśli chodzi o "Czarną Dalię", nie widziałem wcześniej żadnego filmu ani ze Scarlett Hohansson, nie, chyba Johansson, ani z Hoshem... Nie! On się nazywa Josh Hartnett... (wymieniając wszystkie nazwiska, Ellroy udaje, że zasypia i donośnie chrapie). Hilary Swank widziałem w "Za wszelką cenę". To chyba wszystko. Tym bardziej pozytywnie zaskoczył mnie rezultat. Najbardziej podobała mi się Mia Kirshner w tytułowej roli. W książce ta postać żyje tylko dzięki wspominkom, wskrzeszają ją dialogi innych bohaterów. U De Palmy Mia żyje na archiwalnej taśmie filmowej, to jeden z moich ulubionych momentów. Pewne jest też, że nigdy publicznie nie skrytykowałbym adaptacji swojej książki, nawet jeśli uważałbym, że to kompletne dno. Przy "Czarnej Dalii" mogę odetchnąć z ulgą. Tym łatwiej było mi się zgodzić na sprzedanie praw do ekranizacji - dostałem 25 tys. dolarów za nic! I błagam, koniec z pytaniami! Czy wszyscy cholerni Europejczycy muszą tyle gadać?