Na ile to co opisujesz jest kreacją? Ile z Ciebie jest w Tomaszu Płachcie?

Chociaż Płachta nie jest moim alter ego, z pewnością czerpie w jakiś sposób z mojej pokręconej osobowości. Powiedzmy sobie jasno - druga książka jest bardziej autobiograficzna niż pierwsza, choć zanim ktoś zacznie sobie za dużo wyobrażać, z góry mówię, że - w przeciwieństwie do mojego bohatera - nie chodziłem po burdelach, nie obrażałem weteranów wojennych, nie uczyniłem nikogo bezdomnym, nie spowodowałem fałszywego alarmu bombowego, nie zostałem wyrzucony ze sklepu charytatywnego i nie chciałem się zabić, rzucając się z Tower Bridge.

Już po "Kronikach socjopaty" część osób mówiło, że pokazujesz nas, Polaków zbyt przerysowanych. Po tym, jakie nerwice natręctw prezentujesz u Tomasza w "Socjopacie w Londynie" można pomyśleć, że masz nas - a w tym i siebie - serdecznie dość.

Świadomie posługuję się groteską, co nie oznacza, że rezygnuję bezwzględnie z realistycznej kalki. Zresztą, biorąc pod uwagę groteskowość pewnych sytuacji w naszym życiu, powstaje pytanie, gdzie tak naprawdę kończy się kopiowanie rzeczywistości, a zaczyna przerysowywanie jej. Jeśli powiem, że kilka dni temu - po tym, jak zadałem sobie trud odniesienia znalezionego przeze mnie czyjegoś dowodu osobistego patrolowi policyjnemu, zostałem przez mundurowych zapytany o imię mojego ojca i matki - to trudno będzie Ci stwierdzić, czy ja jeszcze relacjonuję czy już przerysowuję - a de facto relacjonuję. Co się zaś tyczy natręctw, to ma je chyba każdy, a jeśli uważa, że nie ma, to po prostu nie jest ich świadomy. Osobiście uciekłem do Londynu od siebie (bo za granicą stajemy się mimowolnie kimś innym), od Polski i Polaków, ale wszystko to, przed czym chciałem się schronić, prędzej czy później mnie z powrotem dopadło. Poza tym, w ostatecznym rozrachunku nie mamy się czego specjalnie wstydzić – przecież każdy naród ma swojego Giertycha, Dodę, panią Basię, która próbuje Ci bezwstydnie wcisnąć wczorajszą amerykankę i laskę z podejrzanym układem źrenic, która zaczepia Cię pod dworcem, twierdząc, że brakuje jej złotówki do biletu.

Wizja tygla narodowościowego w Londynie, ciągłych konfliktów każdego z każdym, ale przedstawiana w lekkiej, humorystycznej formie budzi skojarzenia z filmografią Spike'a Lee. To przypadek, czy zamierzone działanie?

Kino Spike’a Lee jest rzeczywiście uwikłane w obserwowanie mechanizmów działania społeczności, rodzących się w ich ramach konfliktów i istniejących uwarunkowań, nie mniej jednak nie działa ono na mnie inspirująco, bo prezentuje raczej jednostronnie czarną perspektywę. Nie przesadzajmy też z tą lekką formą ukazywania przeze mnie konfliktów - ktoś przewrażliwiony przeczyta później rasistowskie pyskówki pomiędzy Płachtą i jego sąsiadką w "Socjopacie w Londynie" i poczuje się oszukany takim stwierdzeniem. W mechanizmie funkcjonowania londyńskiej społeczności interesuje mnie przede wszystkim twórcza i destrukcyjna zarazem rola politycznej poprawności, podwójne standardy i fałszywy obraz symbiozy kreowany nachalnie przez media wbrew rzeczywistemu stanowi rzeczy. Najpierw burmistrz Londynu przyjmuje z honorami islamskiego wykładowcę, który najchętniej poucinałby kochającym inaczej głowy, a kilka dni później ten sam burmistrz maszeruje na czele pochodu gejów i lesbijek - i wszyscy są zadowoleni, że Londyn jest otwarty na wszystkich i na wszystko. Tomasz Płachta nie ma ani cierpliwości, ani nawet ochoty na to, żeby przyjmować sztucznie narzucone reguły gry, co więcej, pojawia się w nim potrzeba odegrania się na takim społeczeństwie poprzez postawienie się w opozycji do wszystkiego, co ono reprezentuje.

Porównania do "Dnia świra" i Adasia Miauczyńskiego były dla Ciebie komplementem czy czymś irytującym?

Na początku to był zdecydowanie komplement, szczególnie, że film ten uważam za znakomity. Z czasem jednak zaczęło mnie to irytować - szczególnie, kiedy okazało się, że według niektórych Koterski ma monopol na polskiego bohatera neurotycznego, choć przecież nawet reżyser nigdy w ten sposób do sprawy nie podchodził. Poza tym jest wyraźna różnica pomiędzy profilami Miauczyńskiego i Płachty - stworzona przeze mnie postać ma w sobie większą wolę walki i zarazem większy ładunek wyrafinowanej podłości. A poza tym to przecież inne pokolenie - światy trzydziestolatka i pięćdziesięciolatka dzieli emocjonalna przepaść. Teraz obserwuję, jak Witkowski reklamuje swoją nową powieść powtarzając jak mantrę tekst o modlitwie o nowotwór dla sąsiada i jakoś nikt nie przypomina głośno finału "Dnia świra"...

Na koniec: czy Tomasz Płachta odnalazłby się w Moskwie, w warunkach oligarchiczno-postkomunistycznego kapitalizmu?

Ależ kapitalizm nie może funkcjonować w patologicznych warunkach - kłóci się to z jego przejrzystym schematem i pewnym idealistycznym założeniem. Nie fascynuje mnie w żaden sposób specyfika Rosji, dlatego nie wyobrażam sobie, żeby Tomasz Płachta mógł zabawić w Moskwie dłużej niż dzień. Znając jego szczęście byłoby to wystarczająco długo, żeby nadepnąć na odcisk komuś wpływowemu i po powrocie do Londynu zjeść o jedną porcję sushi za dużo. Nie chciałbym jednak, żeby finał serii miał miejsce na cmentarzu Highgate.


Daniel Koziarki "Socjopata w Londynie", wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2007
premiera: 23 sierpnia 2007