Koniec lat 40. XIX wieku, pogranicze USA i Meksyku. Niedawno zakończyła się wojna amerykańsko-meksykańska pustosząca ową jałową i ubogą krainę. Choć od 1845 roku Teksas jest oficjalnie częścią Stanów Zjednoczonych (aneksja tego terytorium była bezpośrednią przyczyną wybuchu wojny), to nadal ziemia gwałtu, bezprawia i chaosu.

Zasady życia w Teksasie wyznaczają samozwańczy zbrojni kacykowie i religijni fanatycy, koloniści z całego świata szukają tu wątpliwego powodzenia, a wszystkich, zarówno przybyszów, jak i miejscowych Meksykanów, paraliżuje strach przed Apaczami i Komanczami, którzy bronią swoich stad i ziem z samobójczą furią i okrucieństwem.

Sceneria idealna dla westernu? Jak najbardziej – opublikowany w 1985 roku "Krwawy południk" jest, według słów amerykańskiego krytyka literackiego Harolda Blooma, "westernem ostatecznym". "Ta powieść stanowi kulminację całego estetycznego potencjału, jaki literatura westernowa kiedykolwiek posiadała" - utrzymywał Bloom w jednym z wywiadów. "Nie sądzę, by dało się jeszcze coś w tej kwestii dodać albo poprawić - książka McCarthy’ego jednoznacznie wieńczy ową tradycję".

Trudno w przypadku "Krwawego południka” mówić o jakiejś złożonej intrydze – narracja jest tu prosta i linearna, a historia, którą opowiada pisarz, niemal archetypiczna w swoim determinizmie. To właściwie Bildungsroman, ale osobliwy, może nawet satyryczny, bo – cytując słowa innego krytyka J. Douglasa Canfielda – „jesteśmy w nim niemal całkowicie odcięci od świadomości głównego protagonisty”.


Zaiste, proza McCarthy’ego to czysty behawioralny opis, esencja (a może przebiegła parodia?) amerykańskiego minimalistycznego stylu pisania. Ale też to, że autor nie daje nam dostępu do myśli i uczuć bohaterów, należy, rzecz jasna, uznać za przemyślany zabieg artysty. Świat "Krwawego południka" to świat działania i przeznaczenia. Życie wewnętrzne byłoby w nim tylko zbędnym ornamentem.

Bezimienny nastolatek, zwany w powieści „dzieciakiem”, ucieka z domu w Tennessee i po długiej tułaczce trafia do Teksasu. Pewien swojej zwierzęcej siły i zwinności urządza burdę w lokalnej spelunce, czym zwraca uwagę mężczyzn kaptujących ochotników do oddziału flibustierów, rozformowanych żołnierzy, którzy tropią Indian na ziemiach pogranicza. Chłopak zaciąga się do oddziału i rusza z nim na wojenną ścieżkę.

Wkrótce grupa zostaje rozbita i zmasakrowana przez Komanczów – dzieciak cudem przeżywa. Aresztowany w meksykańskim miasteczku Chihahua, spotyka niejakiego Toadvine'a, faceta, z którym wcześniej wdał się w bójkę pod teksańską knajpą. Toadvine i dzieciak podają się za doświadczonych łowców skalpów – dzięki temu zostają przyjęci do słynnej bandy Glantona. Owa zbieranina psychopatów, straceńców, życiowych rozbitków i przypadkowych amatorów męskich przygód otrzymuje od miejscowego gubernatora licencję na zabijanie Apaczów pustoszących okoliczne wioski – gubernator płaci grubymi dolarami od każdego zebranego skalpu.

Pod wodzą Johna Joela Glantona, byłego żołnierza, obecnie gotowego na wszystko najemnika, oraz demonicznego sędziego Holdena, bezwłosego olbrzyma o szerokich horyzontach i sadystycznym usposobieniu, banda rozpoczyna dzieło zniszczenia...


McCarthy w swojej najwybitniejszej powieści oparł się na zdarzeniach, które istotnie miały miejsce – gang Glantona rzeczywiście terroryzował amerykańsko-meksykańskie pogranicze w latach 1849 – 1950, a jeden z jego rzekomych członków, Samuel Chamberlain, wydał kontrowersyjne pamiętniki pod tytułem "Moja spowiedź". Autor "Dziecięcia bożego" częściowo trawestuje wspomnienia Chamberlaina, ale robi to raczej instrumentalnie.

"Krwawy południk" nie jest bowiem książką, która ma na celu rozliczenie z mrocznym mitem założycielskim USA. To uniwersalna historia o istocie zła i ludzkiej naturze. Każdy western (a także antywestern) to właściwie moralitet – McCarthy wykorzystał tę cechę gatunkową, by z biblijną powagą sportretować świat w pełni zasługujący na kolejny potop. Czytanie tej powieści jest przeżyciem ekstremalnym. Poznałem wiele książek, które starały się odbiorcę odrzucić i zaszokować – ale w przypadku "Krwawego południka" musiałem sobie dawkować lekturę, by co jakiś czas ochłonąć od jej toksycznej atmosfery.

Rzecz w tym bowiem, że amerykański pisarz z zimną konsekwencją kreśli obraz nagiego zła; zła, dla którego nie ma żadnej przeciwwagi, ponieważ jest ono esencją istnienia i jedynym sposobem, w jaki owo istnienie potrafi się w ogóle uzewnętrznić. Ta rzeczywistość nie jest wynaturzona – przyjmujemy ją dzięki pewności pisarskiego pióra za pewnik i oczywistość.

Niewykluczone, że taki western mógł powstać dopiero po Holokauście. McCarthy mówi: Cała ludzka cywilizacja jest od swojego zarania po przyszły koniec rozciągniętą w czasie Zagładą. Śmierć zadaje się tu mimochodem, na zasadzie wyuczonego odruchu, kolejne warstwy kości ścielą się w sterylnym, zdehumanizowanym, okrutnym pejzażu.


Moralnością tego uniwersum jest nieustająca wojna, satysfakcją i szczęściem – mechaniczne gromadzenie trofeów. Na szyjach członków bandy Glantona wiszą naszyjniki z ludzkich uszu – niczym okulary, buty i sztuczne szczęki z Auschwitz. Na szyjach Indian dyndają takie same ozdoby.

Doczekaliśmy się wielu interpretacji "Krwawego południka" – sam autor, skądinąd generalnie unikający publicznych wypowiedzi, nigdy nie zajął w tej sprawie stanowiska, pozostawiając czytelnikom i krytykom wolną rękę. Choć ta wstrząsająca powieść może sprawiać wrażenie skrajnie nihilistycznej, jest raczej odwrotnie – to rzecz o przerażeniu światem. Ciekawa wydaje się próba umieszczenia książki McCarthy’ego w kategoriach gnostyckich – zło byłoby wówczas przejawem działalności demiurga uzurpatora, który nasyca swoją obecnością wszystko, co jest, zaś sędzia Holden stałby się jednym z jego archontów.

Ale Holden – kluczowa dla powieści postać – jest nie tylko amoralnie cyniczny, lecz także demonstracyjnie rozumny. To racjonalista, scjentysta katalogujący rzeczywistość, by przejąć nad nią władzę. Nowoczesne wyzwolenie ludzkiego intelektu – zdaje się kpiąco twierdzić McCarthy – jest finalnym przejawem fatalnej gatunkowej konstytucji homo sapiens. Konstytucji, która wyklucza istnienie Boga, choćby nawet wzywano go pod milionem imion.

"Krwawy południk" długo czekał na uznanie – ale kiedy już je otrzymał, zaliczono go do najważniejszych amerykańskich książek wszech czasów, porównując książkę McCarthy’ego do "Moby Dicka" Melville’a. To niewątpliwe arcydzieło nosi w sobie również zalążki przyszłych powieści samego pisarza – narzuca się tu choćby "To nie jest kraj dla starych ludzi" z Anthonym Chigurhem będącym dalekim echem sędziego Holdena czy apokaliptyczna „Droga”, w której powtórny biblijny potop już się dokonał.

Puentując całą historię, warto jeszcze wspomnieć o jednej sprawie – to nawet zabawne, że tak utalentowany i wizjonerski prozaik prawdziwy rozgłos zdobył dopiero po siedemdziesiątce, i to głównie z tej przyczyny, że w 2007 roku Oprah Winfrey zaprosiła go do swojego talk-show.