Zawsze mnie ciekawi, co czytają pisarze. Co wyszperałabym w pańskiej biblioteczce?

Marc Levy: Gdy piszę, nie mogę niczego czytać, żeby się nie rozpraszać i nie sugerować. A że dopiero co skończyłem pisać kolejną powieść, innej książki niż moja nie miałem już dawno w rękach. Muszę jednak przyznać, że z ostatnich rzeczy, które przeczytałem, wyjątkowo poruszyła mnie „Droga” Cormaca McCarthy'ego. Gdy zabierałem się do niej pewnego popołudnia, nie sądziłem, że tak ważna okaże się dla mnie ta opowieść o ojcu i synu przemierzających zniszczoną straszliwym kataklizmem planetę. Nawiasem mówiąc, zawsze przygotowuję sobie listę wakacyjnych lektur, choć potem – wiadomo, jak to często bywa – zwyciężają leżak i szum fal.

Na forach internetowych mnóstwo jest komentarzy, w których czytelnicy dzielą się swoimi życiowymi historiami i twierdzą, że dzięki lekturze pańskich książek, określanych jako komedie romantyczne, a poruszających w ludziach rozmaite czułe struny, sięgnęli do skrywanych głęboko emocji. Jakich emocji pan szuka w literaturze?

Ostatnio fascynują mnie raczej historie miejsc, zaczytuję się na przykład w opowieściach o nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village. Niedawno uświadomiłem też sobie, że sformułowanie „ulubione książki” szybko pokrywa kurz. Gdy wracamy do nich po latach, często czeka nas rozczarowanie, bo nie ma tam żadnego drugiego dna. To zresztą absolutnie nie kwestia wieku, jak do tej pory myślałem, ale momentu w życiu, sytuacji egzystencjalnej, tego, co nas akurat otacza. Czasem coś nam najzwyczajniej w świecie nie podchodzi, nie pasuje. I tyle, nie ma się co napinać. Wiem jednak, że istnieją pisarze i filozofowie, z którymi czuję większą łączność niż z innymi twórcami. Wśród nich z całą pewnością wymieniłbym takie nazwiska, jak Romain Gary, Ernest Hemingway czy Yves Simon.

Poleca pan swoim dzieciom lektury? W przypadku syna nie musiałem, bo tego rodzaju więź się wytworzyła między nim i jego dziadkiem. To mnie stawia w bardzo bezpiecznej i wygodnej pozycji (śmiech). Dziadek wysyła mu teraz książki z Francji. Pamiętam jednak, że pierwszą lekturą, która się dla mnie liczyła, był „Mały książę” – i podsunąłem ją swego czasu synowi.

Od 12 lat mieszka pan w Nowym Jorku. We Francji jest nudno? Choćby książki Stephena Clarke'a pokazują, że kraj pożeraczy żabich udek to niezłe miejsce do życia.

(Potężny śmiech) Ale mnie od zawsze pociągały wszelkie kulturowe różnice i w przeciwieństwie do stereotypowej większości Francuzów bardzo lubię poznawać nowych ludzi i nowe miejsca. Odkąd pamiętam, podobało mi się mieszkanie za granicą i za nic na świecie nie dałbym się wtłoczyć we francuską społeczność na obczyźnie! W Nowym Jorku fascynujące jest to, że obok siebie żyją 163 wspólnoty etniczne. Mieszkać tam to tak, jakby wciąż odbywać podróż dookoła świata! Mieszkam w West Village, ale mam też ulubione zakątki w East Village czy w dzielnicy dawnych rzeźni Meatpacking District. Kawiarnia Tartine, bistro Cafe Cluny...

Czy – jak to w komediach romantycznych bywa – robi pan notatki na serwetkach?

Nie ma reguły. Odkryłem jednak, że istnieje wiele podobieństw między gotowaniem i pisaniem – jedno i drugie wymaga długich przygotowań, a degustacja trwa nieporównanie krócej niż faza obmyślania, planowania, ważenia. Istotne jest jednak, że gotuje się i pisze, by podzielić się z innymi efektem końcowym. Uwielbiam gotować, czytam namiętnie książki kucharskie, szczególnie z odległych rejonów świata. Dzięki nim wyspecjalizowałem się między innymi w daniach kuchni tajskiej, ale też włoskiej i hiszpańskiej. Nie jestem kulinarnym ortodoksem, choć do wielu francuskich dań mam słabość: do pot-au-feu, gratin de finnois czy do pieprzowego steku filet au poivre.

W czasie podróży zamienia się pan zapewne w pożeracza lokalnych specjałów?

Większość moich wyjazdów to podróże promocyjne. Wtedy zmęczenie jest tak intensywne, że nie pozwalam sobie na kroplę alkoholu, nawet wina do kolacji, w przeciwnym razie wpadłbym chyba pod stół po kwadransie. Gdy jednak mam wolną chwilę, moją próbą zrozumienia innej kultury bywa na przykład wizyta w lokalnym supermarkecie – chcę wiedzieć, jak ludzie żyją naprawdę, co mają w lodówce, a czym się myją. Uciekam z miejsc typowo turystycznych, lubię wejść do starego budynku, do piekarni, do apteki – tak można dotknąć prawdziwego życia.

Z podróży przywozi pan pamiątki?

Teraz mam z tym problem ze względu na cały repertuar zabezpieczeń na lotniskach. Kilka lat temu było jednak w tym względzie więcej swobody. Pracowałem wtedy w Moskwie i zawsze w niedzielę miałem samolot powrotny do Paryża. Z samego rana chodziłem na lokalny rynek i kupowałem: kurczaka, korniszony, kiełbasy, pakowałem to wszystko do walizki i wieczorem, tuż po przylocie, organizowałem dla przyjaciół kolację, serwując te wszystkie zdobycze. Nie mogli się nadziwić, nie wierzyli, że wiozłem te przysmaki z Rosji. Ze Skandynawii z kolei taszczyłem wędzone ryby. 10 lat temu byłem po raz pierwszy w Polsce i w drodze powrotnej miałem całą walizkę wypełnioną wędlinami. Dziś to niemożliwe.