Cytowany w książce Szczygła Oscar Wilde twierdził, że najbardziej nie lubimy tych ludzi, którzy mają identyczne wady jak my. Czesi mają całkiem pokaźny katalog narodowych wad. Na całe szczęście są to zupełnie inne wady niż nasze. W tym pociągającym zbiegu przeciwieństw Mariusz Szczygieł upatruje przyczyn dziwnej słabości, jaką niektórzy odczuwają w stosunku do naszych południowych sąsiadów.

Autor "Gottlandu", który sam deklaruje się jako Polak chronicznie z polskości niezadowolony, funduje nam błogą ucieczkę od tego, co w polskiej rzeczywistości męczy – narodowego patosu, nieznośnej martyrologii i wiecznego chojractwa. To ucieczka w świat niepozbawiony skaz, ale przynajmniej biegunowo od naszego różny.

Jeśli ktoś uważał "Gottland" za projekt skończony, był w błędzie. Jak twierdzi sam Szczygieł, jego opowieść o Czechach nie może dobiec końca. Każda historia pociąga za sobą lawinę kolejnych. Można było napisać o przedwojennym fotografie Jozefie Sudku, o rękopisie zelenohorskim, o niedokończonej powieści pisarza Jana Balabána – wylicza autor.


Napisał wystarczająco dużo, by pokazać Czechy dalekie od naszych sztampowych wyobrażeń: raju piwoszy, kraju knedliczków i niezmąconej pogody ducha. Mariusz Szczygieł niestrudzenie przemierza ojczyznę Haška i Kundery, gromadząc osobliwe portrety, intymne zwierzenia, zasłyszane anegdoty. I niezmiennie towarzyszy mu owo reporterskie zadziwienie, które nie pozwala przeoczyć detalu ani poprzestać na oczywistościach.

Weźmy na przykład takiego Egona Bondy’ego, faceta, którego – jak sądzi wielu – wymyślił Bohumil Hrabal, pisarza, filozofa, marksistę, w czasach komunistycznych propagatora "nurtu fekalnego" w poezji. Albo Jana Saudka, tytułującego się "fotografem czeskim", autora perwersyjnych artystycznych aktów od dekad wykonywanych na tle tej samej obdrapanej ściany. Albo pisarza Pavla Kohouta, z którym autor reportaży spotyka się po to, by zadać jedno krótkie pytanie.

Szczygła najbardziej fascynują jednak te momenty, w których wrażliwość czeska z polską całkowicie się rozmija. Zestawmy choćby polskie umiłowanie tragizmu z czeską pohodą, czyli skłonność do poszukiwania pełnego zadowolenia ładu. Gdy nam luz i dystans wobec samych siebie przychodzą z niemałym trudem, Czechów nie sposób odwieść od nieodłącznego ich naturze kpiarstwa.


Sprawa staje się niekiedy kłopotliwa, bo nawet najpoważniejsze dramaty naszym południowym sąsiadom trzeba reklamować jako gorzkie komedie, a pisarzom próbującym uderzać w patetyczną nutę, dostaje się od krytyków ostra reprymenda. Dla Czechów patos to rzecz wysoce niestosowna – nic dziwnego, że histeryczna religijność Polaków budzi ich głębokie zdumienie. Na ankietowe pytania o to, jak wyobrażają sobie świat bez Boga, na czym polega dobro i co dzieje się po śmierci, czescy respondenci odpowiadają z zakłopotaniem. Rodacy Szwejka lubią nazywać się najbardziej zateizowanym narodem Europy. Tu pielgrzymka papieża Benedykta XVI przechodzi bez echa, a kardynałowie w telewizji potulnie odpowiadają na bezpardonowe pytania o ich fantazje seksualne.

Czesi to nasz negatyw. Dlatego, czytając o nich, najwięcej dowiadujemy się o sobie. Mało kto potrafi wyczuć Czechy tak celnie i z taką wrażliwością jak Mariusz Szczygieł. Nie pierwszy raz jego reportażowy styl imponuje lapidarnością i wyczuciem puenty. Szczygieł to zapalony szperacz, mistrz umiejętnego zadawania pytań. Z jakichś powodów nikt nie odmawia mu odpowiedzi.

ZRÓB SOBIE RAJ | Mariusz Szczygieł, Czarne 2010, 36,90 PLN ● ● ● ● ●