Za wieloma książkami stoi jakaś historia: wydawniczej odmowy, rozczarowania, nagłej zmiany pomysłu. Tak też rzecz się ma z "Beatrycze i Wergilim", kolejną powieścią hybrydą Yanna Martela, autora osławionego "Życia Pi". Background story jest tu zresztą podane explicite, a jej prawdziwość potwierdza autor w wywiadach. Otóż początkowo zamierzał napisać książkę dwustronną: jedną jej część miała stanowić fikcja, drugą esej. Tematem obu miał być Holokaust. Wydawcy jednak odrzucili pomysł – część non fiction uznali bowiem za zbyt elitarną; obawiali się, że przyćmi opowieść i odstraszy mniej wyrobionych czytelników. A poza tym nie wiedzieli, na której okładce umieścić kod kreskowy.

Martel, mimo że może się pochwalić siedmioma milionami sprzedanych egzemplarzy "Życia Pi", okazał się autorem pokornym – zmienił koncepcję, napisał inną książkę.

Czy wyszło mu to na dobre? Niekoniecznie. Nie dowiemy się, jak wyglądałaby dwutorowa narracja, którą chciał napisać. Natomiast "Beatrycze i Wergili", czyli efekt wspomnianego kompromisu, można określić jako dziwactwo. I to nie jest komplement. Oczywiście trudno uniknąć kontrowersji, kiedy tematem książki staje się Holokaust przepracowany na literacką fikcję. Martel, niestety, balansuje na tak cienkiej linii dzielącej przejmującą opowieść od nieznośnego kiczu, że trudno całą rzecz zaakceptować.


Na początku poznajemy pisarza Henry’ego (to zapewne alter ego samego Martela) – mężczyzna odniósł wielki sukces literacki, a teraz pracuje nad kolejną książką, wspomnianą dwustronną opowieścią o Holokauście. Wydawcy odrzucają publikację – autor wraz z żoną wyjeżdża do Wielkiego Miasta, żeby zacząć życie od nowa i uporać się z kryzysem twórczym. Tam poznaje taksydermistę (to trudne słowo oznacza osobę zajmującą się preparowaniem martwych zwierząt), również Henry’ego. Człowiek ów pisze beckettowską sztukę o dwojgu zwierząt: oślicy i małpie, czyli tytułowych Beatrycze i Wergilim, które próbują przetrwać w świecie absurdu naznaczonym czymś, co nazywają Horrorami.

W świecie absurdu znajduje się też Henry (ten pierwszy), który mierzy się z dość szczególną sytuacją: osoba na co dzień zdzierająca skórę ze zwierząt okazuje się bowiem ich wielkim miłośnikiem, do tego niespełnionym literatem, który właśnie zwierzęta obsadza w sztuce jako głównych bohaterów. Zafascynowany Henry próbuje przejrzeć drugiego Henry’ego – a rzecz zmierza w stronę jakiejś dziwnej psychodelii.

Trudno tu o jednoznaczną opinię. Po pierwsze zdaje się, że temat przerósł pisarza – do mierzenia z Holokaustem (a zarazem, oczywiście, z uogólnionym i niewyjaśnialnym Złem) od strony fikcji trzeba mieć albo nieprzeciętne poczucie humoru, albo genialny tupet. Martel nie ma ani tego, ani tego – jego książka jest zbyt sentymentalna i natrętnie symboliczna, by mogła być udana. Drażnią też oczywiste nawiązania do Wielkiej Sztuki – Dantego, Becketta, Flauberta, literatury ocalałych – autor wyraźnie próbuje podejmować z nimi pretensjonalny dialog. Poza tym mamy tu nadmiarowy mętlik pojęć i ambicji: alegorię Holokaustu i refleksję na temat możliwości mówienia o Zagładzie, opowieść o sytuacji niezrozumianego pisarza, psychologiczny dramat o poczuciu winy i jej braku, sprawiedliwości, karze, traktat o nieetycznym traktowaniu zwierząt.

Co ciekawe, tę książkę czyta się nieźle, a nawet się o niej uporczywie myśli, przypominając sobie niektóre momenty i zdania. Choćby wstrząsającą scenę, w której odarta ze skóry lisia głowa staje się dla bohatera niemożliwą do pojęcia potwornością. Dzięki niej także odbiorca wznosi się na jakiś wyższy poziom empatii – bądź co bądź takie właśnie jest zadanie pisarzy.

BEATRYCZE I WERGILI | Yann Martel | przeł. Andrzej Szulc | Albatros 2010 | 37,90 PLN