Ostatecznie mowa tu o rzeczywistości, która sama z siebie, spontanicznie, przekraczała granice ludzkiej wyobraźni. Aby jednak to szaleństwo ogarnąć i zrozumieć, trzeba się porządnie przygotować. Niestety, Adam Roberts się nie przygotował.

"Projekt Stalin" na pierwszy rzut oka wygląda pociągająco. Oto zaraz po wojnie wąsaty dyktator gromadzi w jednej ze swoich podmoskiewskich willi grupę pisarzy science fiction. Mają tam siedzieć i obradować, aż wymyślą dla ZSRR nowego wroga – wykreują wizerunek kosmitów, którzy zagrażają komunistycznej Ziemi (Stalin zakłada, że czas Ameryki jest już policzony). Po paru miesiącach projekt zostaje nagle i bez podania przyczyny rozwiązany, pisarzom zaś działacze nakazują ścisłe milczenie. Po latach sprawa nieoczekiwanie powraca – na początku 1986 roku jeden z literatów, Konstatyn Skworecki, stwierdza, że kosmiczna legenda stworzona w willi Stalina zaczyna się wypełniać.


Problem w tym, że Brytyjczyk chciał napisać śmieszną książkę – jego uwaga skupiła się zatem na budowaniu zabawnych dialogów i slapstickowych scen. Ucierpiała na tym mocno konstrukcja powieści: rozwiązania pojawiają się tu na zasadzie deus ex machina, błędy rzeczowe atakują z każdej strony, wątki się gubią, puenta jest pozbawiona sensu, zaś absurdy sowieckiej rzeczywistości służą autorowi wyłącznie do średnio udanego dowcipkowania.

Ciekawa postać głównego bohatera – sarkastycznego starego alkoholika – nie ratuje tej niedobrej literatury. Swoje trzy grosze dodaje też tłumacz: mnóstwo tu pokracznych zdań i translatorskich kalek. Wielka szkoda, tym bardziej że czekałem na tego rodzaju książkę.

PROJEKT STALIN | Adam Roberts | przeł. Adrian Napieralski | Zysk i S-ka 2010 | 32,90 PLN