Szeroka publiczność kojarzy zapewne nazwisko Iana Rankina, gorzej już z pozostałymi autorami, których się u nas wydaje: choćby Val McDermid, Craigiem Russellem, Denise Miną czy Stuartem MacBridem.

Tymczasem mowa o szalenie interesującym zjawisku. O ile bowiem kryminały ze Skandynawii, dziedzicząc cechy tamtejszej kultury w ogóle, niosą w sobie dużą dawkę mroku, melancholii i społecznej wrażliwości, o tyle szkockim żywiołem jest ludyczność, sarkazm i makabra.

"Stuart MacBride urodził się w Dumbarton, ale w wieku dziewięciu lat uciekł z domu, dołączył do zespołu cyrkowców i specjalizował się tam w zapasach z niedźwiedziami" – pisze o sobie autor "Zimnego pokoju" na swojej stronie internetowej. Twórca kryminalnej serii o sierżancie Loganie McRae z Aberdeen to człowiek, który dociągnął konwencję tartan noir do ściany, żeniąc ją z groteskowym sitcomem i patentami rodem z kinowego slashera. Ta bezczelność wyszła mu, o dziwo, na zdrowie. Wszystkie powieści z cyklu czyta się wyśmienicie, a „Zimny pokój” to chyba najlepszy kawałek prozy, jaki wyszedł spod pióra MacBride’a.


Sierżant McRae nadal jest sierżantem, podczas gdy wszystkich nieudaczników z wydziału kryminalnego awansowano już na inspektorów. Stało się tak być może dlatego, że McRae jest pracoholikiem, którym zwierzchnicy mogą się wyręczyć przy każdej brudnej robocie. Tym razem sfrustrowany i wściekły policjant musi stawić czoła sprawie niejakiego Martina Knoksa, zwolnionego z więzienia przestępcy seksualnego, który – jak na złość – postanowił osiedlić się w Aberdeen...

Zapomnijcie o skandynawskiej elegancji. W tej powieści bohaterowie klną, obrzucają się błotem, pakują się w absurdalne kłopoty, piją, palą, kpią, nagminnie przekraczają regulamin i szczerze nienawidzą swojej pracy. Tak – z narwanymi Szkotami mamy dużo więcej wspólnego niż z zimnymi Szwedami.

ZIMNY POKÓJ | Stuart MacBride | przeł. Maciej Pintara | Amber 2010 | 39,80 PLN