Choć nie jest to informacja, z którą Francuzi szczególnie lubią się obnosić, wszyscy mniej więcej wiemy, jak zachowywali się w czasie II wojny światowej. Kiedy Hitler uderzył na Polskę, wielcy i mali we Francji powtarzali zgodnie, że nie chcą umierać za Gdańsk. I to mogło nawet wydawać się rozsądne. Powody mieli różne – pamiętali jeszcze cierpienia I wojny, a poza tym lubili Wagnera i nie znosili Anglików. Postawa ta okazała się jednak pociągać za sobą setki drobnych decyzji, które przez cztery lata wojny codziennie upokarzały francuskiego ducha. I z czasem okazało się, że Francuzi, sami o tym nie wiedząc, odmówili umierania za Paryż.

Liczba – i lista – francuskich intelektualistów i artystów, którzy dali się nabrać na strategię Niemców, jest porażająca. Wkraczając do Francji, Niemcy próbowali przyjąć maskę kulturalnych sąsiadów z kraju Goethego. Nie zakazali uprawiania kultury – wręcz przeciwnie, starali się utrzymywać jak najlepsze relacje z artystami. Nie chcieli zabić francuskich twórców – ale chcieli zabić francuskiego ducha i nauczyć go sławić Niemcy. W strefie okupowanej, z Paryżem na czele, wydawano książki, urządzano wystawy i koncerty, na których u boku Francuzów występowali najwięksi artyści niemieccy, tacy jak Herbert von Karajan. W strefie Vichy z kolei promowano nacjonalizm franko-germański, wyciągając z archiwów język prowansalski i produkując taśmowo popiersia Petaina.

Kolaboracja miała różne imiona – od zgody na ocenzurowanie tego czy innego utworu (Sartre, Camus), przez śpiewanie dla niemieckich oficerów (Edith Piaf), po bywanie na bankietach w Instytucie Niemieckim i przykładną gorliwość (Drieu La Rochelle, Brasillach). Jedni byli oportunistami, inni używali nowej władzy, by mścić się na wrogach, jeszcze inni działali z pobudek ideologicznych. Wybitny pisarz Céline pisał zaś zjadliwe pamflety antysemickie z powodu swojego nihilizmu i graniczącej z szaleństwem mizantropii.


Na szczególną uwagę zasługuje inicjatywa Bernarda Grasseta, ojca jednego z czterech wydawnictw do dzisiaj najczęściej nagradzanych Nagrodą Goncourtów, który "na oczy jeszcze nie widział niemieckiego urzędnika, a już radził kolegom po fachu, by bez oporów przyjmowali niemiecką cenzurę". Czym prędzej stworzył i zaproponował Niemcom umowę cenzorską, obiecującą m.in. "poszanowanie praw zwycięzcy". Szybko i jednogłośnie podpisało ją 140 wydawców. Pracownik innego sławnego wydawnictwa Hachette pospieszył stworzyć listę ksiąg zakazanych, do której z entuzjazmem dorzucali nazwiska i tytuły jego koledzy. Okazało się, że nie widzą nic zdrożnego w wyrzeczeniu się publikowania Tomasza Manna. Mieli zresztą zalew innej pilnej literatury. Nobliwy wydawca Denoel na przykład wydrukował w 1940 roku dzieło pt. "Jak rozpoznać Żyda?".

Aż dziw, że znaleźli się ludzie, którzy potrafili zachować się nieskazitelnie. Spotts podaje przykład indywidualistów Galtier-Boissie`re’a i Jeansona, którzy spędzili wojnę, rzucając wyzwania władzy. Z wielkich starych pisarzy wyjątkowo przyzwoity był znany nonkonformista André Gide, który odmówił publikowania w reżimowych pismach i schronił się w Tunisie, gdzie kontynuował niezależną pracę. Także Camus, Sartre i Simone de Beauvoir należeli do inteligencji z lewego wybrzeża Sekwany, która nie robiła rzeczy bardzo kompromitujących.

Z polskiej perspektywy jednak nawet postawa opisana przez bohatera Ruchu Oporu Jeana Brullera (pseud. Vercors) w słynnej powieści "Milczenie morza" może wydawać się dziwna. Opór polegający tylko na tym, że spuszcza się wzrok na widok okupanta i nie bawi go rozmową?

Trudno się dziwić, że Paryż stracił ducha i od tego czasu poważniej traktuje się Londyn i Nowy Jork. No i warto mieć w głowie tezę Spottsa, kiedy ocenia się Powstanie Warszawskie.

HANIEBNY POKÓJ | Frederic Spotts | przeł. Jacek Barczyński | Świat Książki 2010 | 44,90 PLN