Wino do książki dobrać, nie jest to rzecz łatwa, bo najpierw: książki czytać lubimy w pozycjach i okolicznościach, które znacznie utrudniają manewry kieliszkiem (w łóżku, w pociągu, na lotnisku), potem zaś: połączenie takie, jeśli wino lub książka okażą się wciągające, grozi całkowitym zatopieniem – w jednym lub drugim.

Proszony o radę i własne zdanie, dobierałbym raczej książkę do wina (dziś dobre wino bywa nieco droższe od dobrej książki). I tak do krwistych malbeków z Cahors albo Argentyny sugerowałbym dobry kryminał, romanse w wysokim stylu (takie „Miłości w czasach zarazy”) polecałbym paniom wespół z półwytrawnym kwiatowym gewürztraminerem, w stylu niskim zaś popijać radziłbym co najwyżej lemoniadą.

Dzieła historyczne, biografie cezarów i powieści łotrzykowskie z dawnych czasów podlać najlepiej czymś mile słodkim – Tokajem albo Maderą. Ich bohaterowie w końcu głównie takie wina pijali.

Prawdziwą wytrawność włoskiego Piemontu czy Toskanii, albo francuskiego Bordeaux, zastrzegłbym dla współczesnej powieści obyczajowej. Pinot noir zaś, czy to w wydaniu francuskim (Burgundia) czy niemieckim, jeśli już w ogóle nadaje się do lektury, sprosta jedynie chyba dziełom nowożytnych filozofów – też w końcu głównie i przeważnie z tych dwóch części świata pochodzących.

Na koniec poezja. Rzecz jak drut prosta –  riesling alzacki dobrze schłodzony i w znacznej ilości podany. Tak do czytania wierszy, jak i ich pisania.

Michał Bardel

Redaktor Naczelny Magazynu "Czas Wina"