„Zajeździmy kobyłę historii” to coś w rodzaju autobiograficznego eseju. Modzelewski niesłychanie lekkim piórem kreśli tu obraz swojego życia. Materiału ma dużo. Przypomnijmy. Urodzony w 1937 r. w Moskwie. Ojciec – Rosjanin i podoficer Armii Czerwonej – już 16 dni po jego urodzeniu pada ofiarą stalinowskiej czystki w wojsku. Wkrótce u boku jego matki pojawia się Zygmunt Modzelewski, przedwojenny polski komunista, któremu cudem udaje się uniknąć śmierci, gdy Stalin dziesiątkuje szeregi KPP. Potem wybucha wojna i Modzelewski senior zakłada Związek Patriotów Polskich. A więc organizację, z której wypączkuje pierwszy komunistyczny rząd PRL-u. Modzelewski będzie w nim zresztą pierwszym szefem dyplomacji. W ten sposób kilkuletni Karol trafi do Polski. I w ogóle zostanie Polakiem, co – jak sam pisze – początkowo nie było dla niego żadną miarą takie oczywiste. A potem będą komunistyczne młodzieżówki, euforia Października '56 i wreszcie rozczarowanie Gomułką. Słynny „List do Partii” (napisany wspólnie z Jackiem Kuroniem) i początek działalności opozycyjnej. Więzienie (w sumie osiem lat) i konspiracja. A wreszcie Solidarność, sejm kontraktowy i wielki przełom roku 1989.

Wszystko to jak dotąd historia fascynująca, ale w sumie już po wielekroć opisana. Nawet jeśli nie przez samego Modzelewskiego, to na pewno przez wielu jego towarzyszy opozycyjnego trudu. Jest jednak coś, co tę książkę zdecydowanie wyróżnia na tle podobnych publikacji innych zaprzysięgłych wrogów PRL-u. To absolutnie oryginalna ocena tego, co wydarzyło się w Polsce po 1989 r. Bo Modzelewski mówi, że III RP się nam zupełnie nie udała. Zwłaszcza gdy chodzi o przyjętą wówczas filozofię rozwoju gospodarczego.

Kilka lat temu w historycznej sali BHP na terenie Stoczni Gdańskiej odbywała się konferencja z udziałem czcigodnych mandarynów pierwszej Solidarności. Prym wiódł jak zwykle Lech Wałęsa. „Lechu, zawsze czuły na słowa, które akurat miały wzięcie, wspomniał coś o naszej walce o kapitalizm. Ktoś z sali zagadnął mnie, że przypłaciłem tę walkę długimi pobytami w więzieniu. Odpowiedziałem wtedy: Widocznie Wałęsa wiedział więcej ode mnie. Bo ja nie walczyłem o kapitalizm. Przesiedziałem osiem i pół roku, ale za kapitalizm nie zgodziłbym się siedzieć ani jednego dnia. Oczywiście wiedziałem, że po upadku komunizmu jakaś postać kapitalizmu czekała nas niechybnie. Czy jednak taka, jaką mamy?”. Ten cytat z książki Modzelewskiego dobrze oddaje dramat nie tak znów małej części solidarnościowego ruchu niezgody na PRL. Bili się dzielnie z potworem. Kto wie, czy nie zdecydowali o jego pokonaniu. A potem z przerażeniem obserwowali, jak miejsce starego znienawidzonego smoka zastępuje nowy hegemon wolnego rynku, który bynajmniej nie jest dla nich sympatyczniejszy.

Można się z tym stanowiskiem Modzelewskiego zgadzać lub nie. Trzeba jednak przyznać, że jest ono uzasadnione. Zwłaszcza że autor z dużym publicystycznym talentem potrafi wiele grzechów III RP (w tym tych ekonomicznych) nazwać i celnie wypunktować. Dobrze więc, że Karol Modzelewski taką książkę napisał. Bo przynajmniej jemu nikt nie może zarzucić, że krytykując patologie III RP, automatycznie chciałby powrotu do PRL lub przeskoku do IV RP.