Skąd wzięła się współczesna powieść? Mimo wszystkich awangardowych przewrotów i rewolucji jej korzenie nadal tkwią w XIX wieku, w epoce, która uczyniła powieści najważniejszą ze sztuk - najważniejszą, bo umiejącą powiedzieć najwięcej o zmieniającym się, złożonym, chaotycznym świecie. 

Zadie Smith o tym wszystkim doskonale wie - jest pisarką głęboko samoświadomą, a przy tym błyskotliwym teoretykiem literatury. A jej nowa proza, "Londyn NW", gdyby wyjąć ją z aktualnego kontekstu, z równą swobodą pasuje do rzeczywistości opisanej niegdyś drobiazgowo przez Flauberta czy Zolę. Nie chcę przez to bynajmniej powiedzieć, że Smith ucieka przed współczesnością w starodawną ramotę, jej powieść jest znakomita, być może najwybitniejsza w dorobku autorki. Chodzi o coś innego, o spostrzeżenie, że od ponad stulecia mamy już do dyspozycji wszystkie konieczne narzędzia, można je modyfikować, wysubtelniać, można się przeciw nim buntować, ale pogłoski o śmierci powieści - to tylko pogłoski. 

"Londyn NW" (tytułowe NW to oznaczenie kodowe północno-zachodniej części brytyjskiej metropolii) to nie tylko zwrot ku tradycji - i tej klasycznej, związanej z powieścią mieszczańską, i tej modernistycznej - lecz także przesunięcie ciężaru gatunkowego w twórczości samej pisarki, w swoim czasie cudownego dziecka anglojęzycznej literatury. Bardzo trudno jest przeskoczyć taki debiut jak "Białe zęby", a przecież było to dzieło studentki, ledwie wyrosłej z wieku nastoletniego. Ale po piętnastu latach i trzech kolejnych powieściach to się wreszcie udało. Sama Smith uważa zresztą "Londyn NW" za swoją pierwszą dorosłą książkę.

Brak tu charakterystycznego dla niej satyrycznego zacięcia, jest za to głęboka refleksja na temat obsesji społecznego statusu u ludzi, którzy od początku - z racji rasy albo miejsca urodzenia - byli skazani na społeczną pustkę.

Smith opowiada o skrzyżowanych losach czwórki trzydziestoparolatków z osiedla komunalnego w londyńskiej dzielnicy Willesden. Każdemu z bohaterów towarzyszy w powieści inny literacki styl, a jedna z postaci, kluczowa dla fabuły, nigdy w zasadzie nie opuszcza drugiego planu. Mamy więc sfrustrowaną Irlandkę (jedyną białą w tym towarzystwie), zagubioną w życiu i małżeństwie, jej przyjaciółkę, z pochodzenia Nigeryjkę, robiącą karierę prawniczą u boku bogatego męża, oraz dwóch mężczyzn, jednego, który na własne życzenie się stacza, i drugiego, który właśnie próbuje się podnieść z ruin. 

Gdzieś w tle tej historii o roli przypadku i konieczności Smith każe nam się zastanowić nad dramatyczną rozbieżnością pomiędzy tym, czego pragniemy, a tym, co realnie możemy uczynić z własną egzystencją.

Nad prawdziwą istotą tych pragnień - często ukrytą w cieniu powszechnych ideałów postępu, awansu i szczęścia. Nad szklanym sufitem będącym elementem konstrukcyjnym zarówno świata, jak i naszych umysłów. Konkluzja jest dość ponura, ale Smith nie zamyka swojej książki morałem - wręcz przeciwnie, zostawia otwarte drzwi.

Tym zapewne różni się od XIX-wiecznych mistrzów.  

Londyn NW | Zadie Smith | przeł. Jerzy Kozłowski | Znak 2014