Malwina Wapińska (DGP): Powiedział pan kiedyś, że każda pana powieść zaczyna się od szczegółowego researchu. Zanim stworzy pan historię, musi dokładnie odwzorować sobie klimat epoki, o której pisze. „Drach” rozgrywa się jednocześnie w kilku epokach. Tworząc go, posługiwał się pan tą samą metodą?

Szczepan Twardoch: Rzeczywiście, kiedy pisałem „Wieczny Grunwald” czy „Morfinę”, musiałem najpierw wchłonąć bardzo wiele informacji, na przykład o Warszawie lat 30. lub życiu w średniowieczu. Liczyłem, że z różnych przyswojonych detali ulepi mi się jakiś obraz świata i że ten obraz do mnie przemówi. Z „Drachem” było inaczej, bo to wszystko miałem w głowie od zawsze. To są rzeczy, w których żyłem zanurzony, odkąd pamiętam. Nagromadziło się ich we mnie tak dużo i miały tak ogromny ciężar własny, że zrozumiałem, że muszę napisać tę książkę. Musiałem to z siebie wyrzucić, pozbyć się tego, zrzucić na barki innych, bo sam już nie byłem w stanie tego unieść. Czułem, że z rzeczy prywatnej powinienem zrobić rzecz publiczną. I tak się stało.

Trudno było napisać kolejną powieść po tak wielkim sukcesie „Morfiny”?

Zespoły tworzące muzykę rozrywkową mają tak zwany syndrom drugiej płyty, czyli następnej po tej, która odniosła sukces. Ja mam może syndrom drugiej książki. Ale pisząc, nie myślałem o tym. Gdybym miał inny model pracy literackiej, pewnie kusiłoby mnie, żeby starać się powtórzyć sukces „Morfiny”, trzymając się sprawdzonej recepty. Mógłbym to robić nawet bez szczególnego wstydu. Ale ja nie wybieram sobie książek, które chcę napisać. Piszę książki, które do mnie przychodzą. „Drach” jest bez wątpienia książką trudniejszą dla czytelnika niż „Morfina”, ale nie interesowało mnie powielanie jednego schematu.

Kiedyś przekonywał pan, że pisanie to dla pana po prostu zawód i sposób zarabiania pieniędzy…

„Drach” okazał się najbardziej emocjonalną z moich powieści. Może rzeczywiście teraz moje podejście do pisania nieco się zmieniło. Lubię żartować, ale tylko trochę, że najważniejszą z moich licznych zalet jest niekonsekwencja.

Tajemnicze słowo „drach” oznacza smoka, ale w pana powieści możemy potraktować go jako metaforę ziemi śląskiej. Tylko ziemia jest tu czymś trwałym. Ludzkie losy splatają się na chwilę i z przypadku, jednostkowe życia przemijają bez żadnego znaczenia. „Drach” to opowieść o wielu postaciach, żyjących na Śląsku w różnych czasach. Któraś z tych historii wydarzyła się w pańskiej rodzinie?

Ja w tej książce prawie niczego nie musiałem wymyślać. Wszystko w niej jest fikcją i wszystko się wydarzyło. To zabawne, bo już kilkakrotnie pytano mnie, czy Nikodem to ja.

Odniosłam wrażenie, że raczej nie lubi pan tej postaci.

To się jeszcze nie wyklucza, bo siebie samego też można nie lubić. Niechęć do siebie wśród ludzi uprawiających mój zawód nie jest wcale rzeczą rzadką. Natomiast Nikodem jest mną tak samo jak każda inna postać tej książki. Rozumiem, co miał na myśli Flaubert, mówiąc „Pani Bovary to ja”. Kiedy buduję bohatera, chcę, żeby operował prawdziwymi emocjami i namiętnościami, a jedyne, z czego mogę zaczerpnąć, to ja, moje emocje, moje przeżycia. Wtedy muszę być kobietą, starcem, dzieckiem. Nie mogę zaczerpnąć z nikogo innego, bo ludzie są raczej szczelni. Rzecz opowiedziana przez kogoś nie jest nigdy rzeczą przeżytą przez nas. Mimo empatii, a nawet miłości nie jesteśmy w stanie przeżyć tego, co przeżywa inny człowiek.

Jeden z bohaterów „Dracha” o potwornościach, których doświadczył w życiu, opowiada tylko po zmroku. Tylko wtedy, kiedy leży obok swojej żony, która, jak mu się zdaje, już śpi. Czy to metafora tej wersji historii, na temat której ludzie na Śląsku milczą od dziesięcioleci, a nawet stuleci?

Ślązacy mają taką tajną mówioną historię, która zastępowała im poczucie uczestnictwa w narracji oficjalnej. Polacy po 1989 roku przeżyli katarktyczne zjednoczenie historii oficjalnej z historią mówioną w domach. Wtedy można było mówić o wszystkim: o Katyniu, o powstaniu warszawskim. Te wydarzenia weszły wówczas do oficjalnej narracji, a tym samym uprawomocniły się, dały poczucie uczestnictwa w jakiejś wspólnocie. Ale one nie mogły dać tego samego Ślązakom.

Dlaczego?

Bo oficjalna polska narracja stoi w drastycznej sprzeczności z ich małymi, osobistymi historiami. Jeśli czyjś ojciec zdobywał Katowice po 1939 roku w niemieckim mundurze, a potem w tym samym mundurze walczył przez całą drugą wojnę światową, to takiej osobie trudno się utożsamić z polską narracją historyczną, w której ludzie w niemieckich mundurach występują w roli zupełnie innej. Ślązacy nie mogli opowiadać swoich historii publicznie, bo jeszcze w latach 50. za opowiadanie podobnych rzeczy można było trafić do obozu. Mając poczucie nieuczestnictwa w narracji oficjalnej, zaczęli więc tworzyć swoje osobiste historie, historie mówione szeptem. Rzecz w tym, że to zawsze były historie partykularne. Nie istniała jedna, wspólna mówiona historia Ślązaków. To były zawsze historie jednego człowieka, jednej rodziny. Historia Gorgoniów, Magnorów, Czoików, Konopków, Noconiów, Twardochów i wielu innych.

Niejednorodność świata w „Drachu” odzwierciedla wielość języków, jakimi mówią bohaterowie: polski, śląski, niemiecki, rosyjski.

Ta książka nie mogła się wydarzyć bez wielojęzyczności, bo świat przedstawiony brzmi różnymi językami. Strasznie nie lubię sytuacji, kiedy w amerykańskich filmach np. Rosjanie zamiast po rosyjsku mówią po angielsku z rosyjskim akcentem, a Niemcy z niemieckim. Nie jestem w stanie wejść w taki świat. Czytając książki i oglądając filmy, chcę się zatopić w świat przedstawiony. Najlepsza lektura jest wtedy, gdy zapominam, że czytam, kiedy cała moja świadomość jest w historii, a ja nawet nie zdaję sobie sprawy, że przewracam kartki. Autorowi dużo trudniej wessać mnie do jej środka, kiedy język książki jest sprzeczny z językiem świata przedstawionego.

Współczesne powieści coraz częściej przedstawiają inny obraz Polski niż ten wykreowany w oficjalnej narracji. Część Europy, która dziś jest Polską, jako w przeszłości niejednorodną, wieloetniczną czy wieloreligijną przedstawia nie tylko pan w „Drachu”, ale i Olga Tokarczuk w „Księgach Jakubowych”. Literatura jest w stanie uwrażliwić nas na wersje historii, które nie są opowiadane w podręcznikach?

Nie po to napisałem tę książkę, by cokolwiek zmieniać w świadomości Polaków. Ale z wielką radością przyjmuję to, że te tajne, mówione historie Ślązaków zaczynają się powoli sklejać w jedną narrację. Zaczynamy mówić głośno o tym, jak wyglądała nasza historia ostatnich stu lat i że ona była osobna wobec polskiej historii. Najzabawniejsze jest to, że nikt nie wie, ilu jest Ślązaków. Ja też tego nie wiem. Na pewno kilkaset tysięcy. Kilkaset tysięcy ludzi zasługuje na wspólną narrację. Zasługuje na poczucie, że są.

Polacy żyjący w centralnej Polsce są w stanie zrozumieć, że dla sporej liczby ludzi mieszkających w tym kraju polskość nie musi być kategorią oczywistą i jednoznaczną?

Jedni to rozumieją, inni nie. Niektórzy są tak bardzo zanurzeni w tej, bardzo zresztą nowoczesnej, homogenicznej polskości, że kwestię narodowości traktują jak cechę przyrodzoną, jak kolor włosów czy oczu. Kiedy ktoś im powie: nie jesteśmy Polakami, jesteśmy Ślązakami, wydaje im się to niewyobrażalne. Tymczasem na pograniczu ta sytuacja jest inna, a tożsamość etniczna jest kwestią wyboru. Na pograniczu człowiek nie musi umrzeć tym, kim się urodził. Jeśli ktoś jest inteligentny i stara się myśleć, oczywiście to zrozumie. Trzeba po prostu wykonać pewien wysiłek.

Żałuje pan kontrowersyjnych słów „pierdol się, Polsko”, napisanych na Facebooku?

Nie chcę tego komentować, bo co tu jest do komentowania.

Tę wypowiedź wielu ludzi potraktowało jak świętokradztwo, a pana dotkliwie zaatakowano. Nie zrobiło to na panu wrażenia?

Mam grubą skórę i nie jestem kimś, kogo można straumatyzować. Trzeba mieć grubą skórę, kiedy chce się robić to, co robię, i kiedy ma się niewyparzoną gębę, jak ja. A ja mam niewyparzoną gębę i jestem dość impulsywny. Kiedy mam ochotę coś powiedzieć, to mówię.

Czasem zastanawia mnie, czy to bezkompromisowe wadzenie się z polskością jest u pana tylko wynikiem impulsywności, czy może też przemyślaną strategią i elementem publicznego wizerunku.

Nie ma sposobu, bym odpowiedział na to pytanie. Mogę odpowiedzieć wyłącznie, że to wszystko jest autentyczne. A przecież gdyby to był element wizerunku, dałbym identyczną odpowiedź. Ale ja po prostu taki jestem. Nie bardzo umiem udawać kogoś innego. Może życie byłoby dużo prostsze, gdybym potrafił, ale nie potrafię.

Ale wbijanie szpil polskości musi przecież oznaczać, że jest ona panu bliska.

Oczywiście, polskość mnie fascynuje. Jestem przecież zanurzony w polskiej kulturze po uszy. Jestem polskim pisarzem, a polski to jedyny język, w którym jestem w stanie tworzyć. Polskość nie jest mi więc obca w takim sensie, jak obce jest mi bycie Hotentotem czy Kanadyjczykiem. Ale jednocześnie polskość potwornie mnie wkurwia i irytuje. To jest raczej Hassliebe niż obojętność.

Mówi pan o zanurzeniu w polskości, a jednocześnie nie czuje się Polakiem. Nie ma w tym paradoksu?

Proszę wybaczyć mi porównanie. Janicjusz, wybitny poeta renesansowy, nie był Rzymianinem, a Polakiem tworzącym w Krakowie. Pisał jednak po łacinie. To w żaden sposób nie czyniło go Rzymianinem, choć związek Janicjusza z kulturą antyczną na pewno był istotny, gorący i burzliwy. Ja jestem Ślązakiem piszącym po polsku.

Powiedział pan kiedyś, że jako pisarz czuje pewną powinność wobec Śląska. Nadal tak jest?

Jeśli tak mówiłem, od tego czasu musiałem zmienić zdanie. Nie czuję powinności w sensie obowiązku, który ktoś by na mnie nałożył. Czuję wielki sentyment do Śląska, a ponieważ jestem sentymentalny, to mnie warunkuje. To sprawia, że Śląsk jest dla mnie ważny, ale powinność?

Są sytuacje, gdy pisanie wiąże się z powinnościami?

Jedyne, co pisarz powinien robić, to pisać książki. Na pewno pisarz może, jeśli ma taki kaprys, jeśli chce, wyrażać swoje opinie na temat życia politycznego czy społecznego. Ma do tego takie samo prawo, jak każdy. Ale na pewno nie musi. Nie kupuję modelu pisarza, który ma być sumieniem narodu, autorytetem, wyrocznią. W ogóle jakoś nie bardzo wierzę w samą kategorią autorytetu moralnego, a już na pewno nie chcę dla nikogo autorytetem być.

Lata temu prezentował pan poglądy konserwatywne i prawicowe, a potem zadał prawicy kilka dotkliwych ciosów. Dziś usytuowałby się pan po jakiejś stronie politycznej?

Ukształtowałem się na myśli konserwatywnej. Takich miałem nauczycieli, którym do dzisiaj jestem wdzięczny. Kiedy moi koledzy czytali Hegla, Bourdieu, Lacana i Žižka, ja czytałem Tocqueville’a, Chateaubrianda i Platona. Na tej szkole nauczyłem się myśleć i te drogi myślenia zawsze już we mnie zostaną. To mi wytyczyło konceptualizowanie sobie świata, człowieka, jego sytuacji egzystencjalnej. Istotnie, kiedyś byłem aktywny publicystycznie i zaangażowany prawicowo. A potem przestałem, bo się głęboko rozczarowałem do życia intelektualnego polskiej prawicy. Dziś już na pewno nie powiedziałbym o sobie, że jestem konserwatystą. Dziś nie mam żadnych poglądów, a może inaczej: mam wiele różnych poglądów, ale nie mam żadnego wspólnego światopoglądu. Mógłbym powiedzieć o sobie, że jestem konserwatywno-liberalnym socjalistą, konserwatywnym, jeśli chodzi o kulturę, państwo i naturę człowieka, liberalnym w kwestiach obyczajowych, socjalistą gospodarczym. Ale to nie ma znaczenia, bo tak naprawdę jestem Szczepan Twardoch. I bardzo lubię moją przynależność do jednoosobowego klubu o nazwie Szczepan Twardoch.