W latach 70., będąc nastolatkiem, podbił serca publiczności takimi rolami, jak "Cegiełka" w serialu "Stawiam na Tolka Banana", czy Poldek z "Podróży za jeden uśmiech". Następnie na 20 lat zniknął z ekranów. Kiedy powrócił do grania, ogromny sukces przyniosła mu rola w filmie "Edi". Dziś Henryk Gołębiewski zawód aktora łączy z pracą fizyczną i zapewnia, że podoba mu się takie rozwiązanie, bowiem "kiedy człowiek ma zajęcie, nie myśli o głupotach". Z aktorem rozmawiamy przy okazji premiery jego książki "Zygzakiem przez życie".

Anna Sobańda: Czuje się pan aktorem, czy też aktorem pan bywa?

Henryk Gołębiewski: Aktorstwo to jest mój zawód, tym się zajmuję. Granie jest przyjemnością, za którą mi płacą. Robię to, co lubię i dostaję za to wynagrodzenie. Każdemu życzę takiego układu. Oprócz tego pracuję także jako monter klimatyzacji.

Dlaczego musi pan pracować jako monter? Trudno jest w Polsce wyżyć z aktorstwa?

Czasami bywają zbyt długie przerwy. Stała praca zaś zapewnia stały dochód. W aktorstwie sytuacja jest niepewna, nigdy nic nie wiadomo, dzisiaj się gra, a jutro nie. Poza tym, jeśli człowiek ma zające, nie myśli o głupotach.

Czy ma pan żal do środowiska aktorskiego, że zdarza mu się o panu zapominać?

Absolutnie nie. Wielu aktorów przecież w ogóle nie gra, szukają innej pracy i rezygnują z aktorstwa. Ja zaś jestem uparciuchem i z grania nie zamierzam rezygnować.

Bywały jednak momenty, w których pan rezygnował. Po rolach w filmach i serialach dla młodzieży, w których występował pan jako nastolatek, odpuścił pan aktorstwo na 20 lat.

To nie ja odpuściłem, to wojsko skutecznie odciągnęło mnie od grania. Ponadto, to były czasy, w których nie było agencji aktorskich. Teraz idzie się do takiej agencji, daje się zdjęcie i oni szukają ról i castingów. Kiedyś trzeba było wiedzieć, w które drzwi zapukać i mieć dużo znajomości.

Trzeba więc było o te role powalczyć, a z pana opowieści wynika, że pan czekał, aż role same przyjdą.

Tak, nigdy nie chodziłem za rolami. Teraz jestem w agencji aktorskiej i na castingi też nie chodzę.

Dlaczego nie? Jest pan zbyt dumny na castingi?

Po co mam tam chodzić? Moje nazwisko jest znane, wszyscy wiedzą, jak gram. Kiedy będą potrzebowali Henryka Gołębiewskiego, to sami zadzwonią. Aktualnie gram w „Drugiej szansie” i „Świecie według Kiepskich”. Serial to dla aktora bardzo dobra opcja. Ja zawsze powtarzam, że wystarczy, żebym miał 2 dni zdjęciowe w miesiącu, to będę bardzo zadowolony.
Gram też w teatrze w spektaklu „Goło i wesoło”. Teraz, wraz z moim pracodawcą z firmy remontowo-budowlanej, kombinujemy kabaret. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Jednego dnia idzie pan do pracy przy remontach, a drugiego staje przed kamerą na planie filmowym. Nie czuje się pan rozdarty pomiędzy tymi dwoma światami?

Miałem 20 lat przerwy w graniu. Imałem się wówczas różnej pracy, głównie jako budowlaniec. Miałem więc okazję przyzwyczaić się do tego. Praca fizyczna daje mi stały dochód, a aktorstwo jest czymś, co lubię robić. Nie boję się kamery

Nie dziwię się, z kamerą oswaja się pan przecież od dzieciństwa. W latach 70. zagrał pan w 12 filmach i serialach. Nie przeszło panu przez myśl, żeby pójść do szkoły aktorskiej?

Nigdy o tym nie myślałem. W 1976 roku zagrałem w filmie „Nie zaznasz spokoju”, a już w 1975 roku pracowałem fizycznie. Od początku więc łączyłem aktorstwo z innymi pracami.

To ciekawe podejście, większość aktorów stawia bowiem wszystko na jedną kartę. Skąd taki pomysł?

To była świadoma decyzja. Grałem z plejadą polskich gwiazd i oni mi zawsze powtarzali: „Heniek dzisiaj grasz, a jutro możesz nie grać”. Wykorzystałem więc mądrość kolegów i zadbałem o to, żeby mieć drugi fach.

Kogo z tej plejady polskich aktorów wspomina pan najcieplej?

Janusza Gajosa, Józefa Nowaka, Ryszarda Pietruskiego, wielu aktorów ciepło wspominam. Kiedy byłem dzieciakiem, oni się nami opiekowali. Często nas też podpuszczali, namawiali do psot. Przede wszystkim jednak, czuli się za nas odpowiedzialni. Teraz tego nie ma. Praca dzieci na planie filmu, czy serialu wygląda zupełnie inaczej.

Na czym polegają różnice?

Teraz dzieci są świadome swoich praw. Kiedyś pracowało się na planie od rana do wieczora i się nie narzekało. Teraz dzieciak przychodzi, mówi z jakiej jest agencji i ile godzin wolno mu pracować. Jak się okazuje, że nie będzie po zdjęciach odwieziony do domu jako pierwszy, od razu dzwoni do agenta ze skargą. Kiedyś to była zabawa. Co prawda taż się zarabiało, ale my dzieciaki, nie robiliśmy tego dla pieniędzy, tylko frajdy z grania. Nie było też takiej zazdrości i rywalizacji, jaką obserwuje u dziecięcych aktorów dzisiaj.

W 1977 roku zagrał pan w filmie „Nie zaznasz spokoju”, a następnie na 20 lat zniknął z ekranu. Kolejna rola pojawiła się w 1997 roku. Czy obawiał się pan powrotu przed kamerę po tak długim czasie?

Myślałem, że będzie bardzo trudno. Obawiałem się tego, że przez te 20 lat wszystko poszło na przód. Zagrałem jednak w „Bożej podszewce” u Izabelli Cywińskiej i okazało się, że nie zapomniałem, jak się gra. Pamiętałem, jak złapać światło, jak się ustawić do kamery, czy do drugiego aktora. Tego wszystkiego nauczyłem się jako dziecko. Podobnie jak kaskaderki.

Uczył się pan kaskaderki?

Tak, kumplowałem się z kaskaderami i oni wiele mnie nauczyli. W filmie „Podróż za jeden uśmiech” jest scena, w której jedziemy na Żuku, a Duduś oświadcza, że zapomniał walizki. Ja zeskakuję więc z jadącego samochodu po ten bagaż. Kiedy reżyser, pan Jędryka zobaczył, że ja sam skaczę, złapał się za włosy i krzyczał do kierowcy „Jedź wolniej, przecież on się zabije”. A ja elegancko skoczyłem, i bez problemu wylądowałem na ziemi. Teraz reżyserzy już raczej nie pozwalają, żeby aktorzy sami grywali sceny kaskaderskie.

Kaskaderskie popisy z pewnością imponowały w gronie gitowców. Przygodę z gitowaniem opisuje pan w książce. Co pana pociągało w tej subkulturze?

W tamtych czasach była na to moda. Początkowo sens był taki, że gitowcy mieli pomagać ludziom, dopiero później tę subkulturę przejęło więziennictwo i zaczęło się tatuowanie przestępców. Ja zostałem gitowcem, bo większość chłopaków w moim otoczeniu w to weszła. Poza tym, jako chłopak ze skłonnością do rozrabiania pasowałem na gitowca (śmiech). Kierowaliśmy się fajnymi zasadami, swego rodzaju kodeksem. To były czasy, kiedy dzieciaki wychowywało podwórko, a nie jak teraz, komputer.

Po 20 latach przerwy wrócił pan na plan i kilka lat później, pojawiła się rola w „Edim”.

To też był przypadek. Podobnie jak moja pierwsza rola, w „Abel, twój brat”, którą dostałem dlatego, że na moim osiedlu mieszkał reżyser, Janusz Nasfeter. Zobaczył nas z kolegami na podwórku i wziął do swojego filmu. Z „Edim” zaś było tak, że należałem do agencji aktorskiej, prowadząca mnie agentka zadzwoniła i mówi „Heniek, na Puławskiej niedaleko ciebie jest casting do Ediego. Może byś się przeszedł?” Pomyślałem, czemu nie, w końcu miałem po drodze.

Spodziewał się pan, że „Edi” będzie takim sukcesem?

Chyba nikt się tego nie spodziewał. Jedynie moja siostra miała takie przeczucia. Przeczytała scenariusz i powiedziała, że to będzie bardzo dobry film.

„Edi” odniósł ogromny sukces, pan odzyskał popularność, ale później znów przyszły trudne czasy. Czy to prawda, że zaraz po „Edim” ledwo wiązał pan koniec z końcem?

Przez rok była cisza, żadnych propozycji. Naprawdę było ciężko. Na szczęście żona już wówczas pracowała, a ja łapałem jakieś dorywcze prace w firmach remontowo - budowlanych. Po „Edim” wielu mówiło, że teraz będę mógł przebierać w scenariuszach. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

Dlaczego, pana zdaniem, po takim sukcesie telefon z propozycjami przestał dzwonić?

Nie wiem, trudno powiedzieć. Być może zbyt mocno utożsamiano mnie z rolą Ediego? Kiedy zaczęły pojawiać się jakieś propozycje ról, były zbliżone do tej, jaką zagrałem w tym filmie, czyli złomiarzy, czy osób pojących. Dopiero po jakimś czasie zacząłem grać bardziej zróżnicowanych bohaterów.

Bardzo konsekwentnie, przez całą swoją karierę trzyma się pan z dala od show biznesu, dlaczego?

Jestem raczej domatorem. Nie ciągną mnie takie klimaty. Poza tym, co by mi to dało?

Może więcej propozycji zawodowych?

Nie sądzę. Poza tym, nie mógłbym tak, jak niektórzy aktorzy wpadać na bankieciki, dawać się fotografować, najeść się darmowego jedzenia, a jak się skończy, uciekać do domu. Nie bawi mnie taki sposób spędzania czasu.

Czy ma pan przyjaciół w środowisku aktorskim?

Mam przyjaciół. Spektakl „Goło i wesoło” gramy już 6 lat, przez ten czas można się zżyć ze sobą. Pawła Królikowskiego, Mirka Zbrojewskiego, Tomka Papryka mogę nazwać przyjaciółmi. To oni, kiedy chciałem zrobić dyplom aktorski mówili „Heniek, po co ci ten papier? Masz znaną gębę, nie potrzebujesz tego”. Posłuchałem więc kolegów i uznałem, że nie ma sensu się męczyć.

Wielu artystów wdaje się w romans z polityką. Czy pan miał kiedyś takie propozycje?

Miałem, proponowano mi, ale powiedziałem, że polityka jest dla polityków. Ja lubię grać, chodzę do pracy, to mi wystarczy. Na polityce się nie znam, więc po co będę się tam pchał? Polityką powinni zajmować się politycy, a nie jak teraz, bokserzy, tancerze, kucharze. Ludzie, co to jest? Ich miejsce jest na scenie, czy na ringu, a nie w Sejmie.

Ma pan jakieś marzenia związane z aktorstwem?

Jestem współscenarzystą i mam grać główną rolę w filmie fabularnym zatytułowanym „Odkupienie”. Moim marzeniem jest, żeby to się spełniło.

Życzę więc spełnienia marzeń. Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję