Lars von Trier chciałby być najlepszym reżyserem świata. Nic innego go nie interesuje. I wygląda na to, że bardzo cierpi, nie mogąc osiągnąć swojego celu. Ale być może to kolejna rola, którą gra przed światem. Albo i nie gra, bo w przypadku von Triera nic nie jest pewne. Książka Nilsa Thorsena, obfitująca we wspomnienia, ciekawostki i anegdoty, wszystkich wątpliwości nie rozwiązuje.

Von Triera trudno rozgryźć. Właściwie nigdy nie można powiedzieć, kiedy kończą się jego prowokacje, a zaczynają prawdziwe poglądy na świat. Duńczyk zawsze balansował na granicy dobrego smaku, wywoływał skandale, także pozafilmowe, jak wtedy, gdy na festiwalu w Cannes mówił, że w jakimś sensie rozumie Hitlera. Wywołał oburzenie, głośne protesty, a przecież tego typu demonstracje towarzyszą mu od początku kariery. On sam, przekornie, pewnie by się z takim osądem nie zgodził. - Prowokacja to część filmu. Nie na odwrót. Nie robię filmów, żeby prowokować – tłumaczy.

Niektórzy mówią, że wszystko, co robi, jest starannie wyreżyserowane. Inni dostrzegają w nim człowieka pełnego kompleksów i fobii, które niczym w zwierciadle odbijają się w jego filmach. Co ciekawe, i jedni, i drudzy prawdopodobnie mają rację. Gdy zdawał do szkoły filmowej, jeden z wykładowców oceniających jego test psychologiczny miał powiedzieć, że Lars jest albo genialny, albo szalony. Na ćwiczeniach z dokumentu do zdjęć małych dziewczynek bawiących się pod szkołą dołożył z offu narrację fantazjującego pedofila. Jego dyplomowe „Obrazy wyzwolenia” (nakręcone po niemiecku) wywołały skandal, bowiem ich pozytywnym bohaterem był hitlerowski żołnierz zagubiony po II wojnie światowej. Ale nawet ci, którzy reagowali gniewem na opowiadaną przez reżysera historię, musieli wiedzieć, że mają do czynienia z wyjątkowym talentem. Do dziś von Trier nienawidzi średniactwa, mawia, że interesują go wyłącznie albo entuzjastyczne, albo bardzo krytyczne recenzje jego filmów.

Twórca „Melancholii” przyznaje, że od początku zależało mu na przekraczaniu wszelkich granic. W równej mierze inspirowali go David Bowie, August Strindberg i Andriej Tarkowski, a nawet nazistowska estetyka (ale nie ideologia!) i komiksy o Kaczorze Donaldzie. Kręcąc kolejne etiudy studenckie, łamał wszelkie narzucone przez szkołę reguły. - Dokładnie wiedziałem, jak należy trafiać, żeby wykładowcy się wściekali – wspomina. Zresztą po latach sam z premedytacją i satysfakcją łamał ustalone przez siebie reguły Dogmy. Wieczny bunt jest wpisany w jego dzieło, podobnie jak chęć wytrącenia z równowagi mieszczańskiego, przyzwyczajonego do wygód widza (i nie zmienia tego to, że von Trier sam również jest takim właśnie widzem). Chciał, by jego filmy były „cholernie mitologiczne”, choć to pojęcie tyle enigmatyczne, ile bardzo pojemne.

Od tamtej pory Lars von Trier zajął należne mu miejsce wśród najważniejszych artystów współczesnego kina. Od debiutanckiego „Elementu zbrodni” przez filmy realizowane w ramach Dogmy po „Antychrysta” i „Nimfomankę” – von Trier nie przestaje zaskakiwać, szokować, zdumiewać. Jest wytrawnym manipulatorem. Oglądając „Przełamując fale” czy „Tańcząc w ciemnościach”, trudno się nie poddać grze prowadzonej przez reżysera, nawet jeśli mamy pełną tejże gry świadomość. Von Trier doskonale wie, kiedy i jakie struny poruszyć, by wywołać u widzów konkretne emocje.

Pozostaje człowiekiem i artystą pełnym skrajności.

"Publicznie – nieustraszony rebeliant, w domu – dobrze wychowany, niemal bezkonfliktowy obywatel. Z jednej strony chaotyczny, regularnie przechodzący załamania psychiczne, z drugiej – porządny człowiek, który przycina żywopłot, przestrzega granic swojej posiadłości i płaci rachunki. W świecie filmu autor manifestu Dogmy ograniczającego zakres kontroli reżysera. Prywatnie uzależniony od przewidywalnych sytuacji, niestrudzony inscenizator małych światów" – pisze Nils Thorsen.

Na ekranie odreagowuje von Trier swoje traumy, obnaża swoje ego, a jednocześnie chciałby w jakiś sposób pozostać niewidzialny. - Czuję się skrępowany tym, że ludzie mają w ogóle jakiś obraz mnie – wyznaje. I często w wywiadach chował się za parawanem kłamstw, zmyśleń, żartów i oczywiście kolejnych niezliczonych prowokacji.

Nils Thorsen, dziennikarz gazety „Politiken”, pracując nad książką, spędził z von Trierem prawie rok. Towarzyszył mu na planie, w domu, podczas weekendowych wyjazdów. Wyciągał z reżysera zwierzenia, dość często bezskutecznie. Von Trier chwilami sprawia wrażenie ekstrawertyka – i być może podczas pracy nad książką rzeczywiście się otwierał bardziej niż kiedykolwiek – by za chwilę unikać odpowiedzi, zmieniać temat, uciekać w żarty, złośliwości, dygresje. Nic zatem dziwnego, że Thorsen zmuszony był nadać swojej książce nietypową formę. To nie jest ani wywiad rzeka, ani filmoznawcza analiza, ani drobiazgowa biografia – raczej reportaż uzupełniony o wszystkie powyższe elementy.

Na dodatek Thorsen wcale nie jest przezroczystym narratorem tej opowieści: by lepiej opisać swojego bohatera, często odwołuje się do własnych spostrzeżeń i odczuć. Być może to słuszna droga, żeby zrozumieć von Triera – jego biografię, podobnie jak jego filmy, trzeba odczytywać przez pryzmat własnych doświadczeń, fobii, lęków, pasji i fantazji. Można w nich wtedy odkryć znacznie więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.

Lars von Trier. Życie, filmy, fobie geniusza | Nils Thorsen | przeł. Agnieszka Sylwia Musialska | Bukowy Las 2016