Marek Krajewski: O polityce nie będę mówił ani słowa.

Anna Lewicka: Chyba nie chciałabym z panem o tym rozmawiać.

Unikam tych tematów. Zdecydowanie

Tak naprawdę chciałabym zapytać, dlaczego pan wrócił do Mocka? Z sentymentu? Z potrzeby dopełnienia historii?

Z wielu powodów. Po pierwsze rzeczywiście za nim zatęskniłem. Lubię mojego bohatera, ja go stworzyłem, to jest moje dziecko czy też wytwór mojej fantazji, mojej wyobraźni. Chętnie bym go poznał, gdyby taki człowiek istniał, usiadłbym z nim, porozmawiał. Przy herbacie czy przy innym płynie. Niewątpliwie po prostu zatęskniłem za moim bohaterem.

Z drugiej strony można powiedzieć, że w tym roku, kiedy postanowiłem napisać książkę, którą miałem czytelnikom dostarczyć we wrześniu, byłem trochę na literackim rozdrożu. Skończyłem cykl z Edwardem Popielskim. Właściwie skończyłem. Nie planowałam na razie więcej o nim pisać. O czym więc? Otwierać jakiś nowy cykl? Nie, to zbyt ryzykowne. Wyjście było proste, wrócić do starego czyli do Eberharda Mocka. A druga sprawa, to że zdarzył się niezwykły zbieg okoliczności. Podczas remontu Hali Stulecia odnaleziono pewien bardzo zniszczony dokument, na którym znajdowało się nazwisko brzmiące nieco jak Mock. Uznałem, że to swoisty palec Boży, który wskazuje mi drogę, którą mam pójść. I napisałem książkę o Mocku i o Hali Stulecia właśnie.

Mówił Pan, że chciałby Pan poznać takiego człowieka jak Mock. Czy on jest w całości wytworem wyobraźni, czy też ktoś był inspiracją dla jego postaci?

Ależ tak, byli różni ludzie. Bohaterowie literaccy i filmowi.

A jacy?

Musiałbym długo wymieniać, ale wspomnę tylko, że uwielbiam filmy francuskie z lat 70. Filmy kryminalne, zwłaszcza te, w których grał Alain Delon. Był też taki nieżyjący już reżyser Jean-Pierre Melville, autor takich filmów jak "Samuraj", "Glina" czy "W kręgu zła". W tej jego policyjnej trylogii bohaterowie są bardzo wyraziści, bardzo ciekawi, oni ciągle przekraczają granicę pomiędzy dobrem a złem, pomiędzy prawem a bezprawiem. Bardzo mi się przez to podobają. I Mock ma bardzo wiele ich cech.

Po drugie ma też cechy moje. Na przykład to, że jest pedantyczny - dba bardzo o swoją powierzchowność, o ubiór. Ja mam podobnie. W życiu bym nie wyszedł na ulicę w brudnych butach.

Czyli lustro, filmy... A klasyczne kryminały? Czyta pan?

Nie.

Dlatego, że to przeszkadza, czy też przeszkadzałoby?

Przeszkadza, dlatego że autor, który raz do roku proponuje swoim czytelnikom nową książkę, musi bardzo uważać, żeby się nie powtarzać. Albo żeby nie naśladować innych. Czasami kryminał jest tak świetny, że chcąc, nie chcąc jakieś rozwiązanie fabularne wejdzie mi do głowy. Jakaś intryga, jakieś zawiązanie akcji. Dlatego od czterech lat nie czytam kryminałów, choć wcześniej robiłem to namiętnie. Filmy oglądam, owszem, ale głównie oglądam seriale.

Co na przykład?

"Breaking Bad" - znakomity, czy "Ripper Street". Jego akcja się rozgrywa w Whitechapel, pod koniec XIX wieku w Londynie.

A "House of Cards"?

Też, zdecydowanie. Lubię porządne, dobrze zrobione seriale.

A co z Popielskim? Czy on wróci? Czy musicie odpocząć od siebie?

Na razie się sobą znudziliśmy.

Według fanów, kryminały o przygodach Edwarda Popielskiego stawały się coraz bardziej zawiłe, skomplikowane intelektualnie, hermetyczne. Czy podziela Pan te zarzuty?

Tak? Ciekawe. Nie znałem takich opinii, ale liczę się bardzo z opiniami moich czytelników. Nie dlatego oczywiście zrezygnowałem.

Ale zgadza się Pan z tym, że one takie są?

Zgadzam się oczywiście. Czasami sam zdaję sobie sprawę, że przedobrzyłem tu i ówdzie.

Wróćmy więc do "Mocka". W książce pojawia się Nowy Jork - czy stanie się on "nowym miejscem" akcji w następnych książkach?

Nie, broń Boże! Ja mam taki system, że w książce zawsze występuje prolog i epilog. Lubię kompozycję klamrową. I tutaj do tego pasował właśnie Nowy Jork. Nie zdradzajmy, o co chodzi z tym Nowym Jorkiem, ale jest ważny.

Czyli zostajemy we Wrocławiu?

Tak, oczywiście. Zdecydowanie. To jest moje ukochane miasto. W nim się urodziłem, wychowałem. Z nim jest związana cała moja kariera literacka.

Przyjemnie jest pisać o Wrocławiu?

Jak najbardziej, to jest miasto, które kocham. A jak kogoś kochamy, to lubimy z nim obcować. Znam każde podwórko i każdy kamień we Wrocławiu.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

"Mock" Marka Krajewskiego już od dziś do kupienia w księgarniach. Książka została wydana przez wydawnictwo Znak.
Wrocław, rok 1913.

Młody wachmistrz kryminalny Eberhard Mock może stracić wszystko. Dał się wplątać w obyczajowy skandal, grozi mu wyrzucenie z policji. Nie może pogrzebać kariery, zbyt wiele ma do stracenia.
Z wściekłą determinacją rzuca się w wir śledztwa, które jest boleśnie nieprzewidywalne – albo ocali jego karierę, albo doprowadzi go do upadku.

W Hali Stulecia znaleziono nagie ciała czterech gimnazjalistów. Nad nimi niczym makabryczny Ikar wisi trup mężczyzny ze skrzydłami u ramion.

Czy to zbiorowe samobójstwo, a może rytualny mord? Kto jest winny? Żydzi? Masoni?

Mock nie przypuszcza nawet, że ta sprawa otworzy przed nim najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy. I sam przekona się, że w jego zawodzie nie ma miejsca ani na zaufanie, ani na litość.