Marcin Sendecki specjalnie dla Dziennik.pl:

Jak odbieram werdykt? Sympatycznie. Trochę to jest niespodzianka, ale w końcu Dylan od dawna się przewijał w domysłach i rankingach. Na pewno jest to gest trochę przekorny, podobnie jak rok temu szukający nietradycyjnych form literackich, bo w końcu nagrodzono autora piosenek.

Można się oczywiście zastanawiać, czy nie ma twórców wybitniejszych, ale tego typu przejmowanie się i ekscytowanie jest pozbawione sensu. To jest tylko i aż nagroda literacka. Jest to punkt w karierze, wiąże się z rozgłosem i pieniędzmi, ale nie decyduje o tym, czy ktoś jest wielkim twórcą, czy nie. To nie jest kanonizacja.

Można się tu zastanowić nad tym, czy to Dylanowi bardziej ta nagroda dodaje blasku, bo w końcu on sławę i pieniądze ma, czy może jest tak, że to Dylan robi reklamę Noblom.

Ale trzeba podkreślić, że sporo bardzo ładnych rzeczy Dylan napisał. Jego komentarze i aluzje do rzeczywistości były ważne - włączał do kultury popularnej elementy tradycji religijnej, łączył popkulturę z wielką literaturą. Sceptycy mogliby się spytać, czy jego twórczość tak poraża,  kiedy patrzy się na goły tekst, bez wspaniałej muzyki i wybitnego wykonania, bo w sumie Nobel jest nagrodą za literaturę.

To jeden z wielu faktów, którymi świat nas bombarduje co dzień. Jeśli dzięki temu mamy większą możliwość obcowania z twórczością Boba Dylana, a tak się pewno dziś i w najbliższych dniach stanie, to bardzo dobrze.