Wisława Szymborska mogłaby napisać o tym doskonały wiersz. Lapidarny i boleśnie celny. O tym, jaką niedorzecznością bywa publikowanie korespondencji miłosnej w formie książki. Że za tym wszystkim kryje się jednak i cień groteski, i odrobina zażenowania znanego podglądaczom. Wyobraźmy sobie przez chwilę żądnego atrakcji czytelnika, który ze znużeniem przerzuca co mniej ciekawe strony albo przerywa lekturę, żeby zaparzyć sobie herbatę, zatrzymując się akurat na tym fragmencie, który autorowi listu zdawał się szczególnie intymny.

Kochankowie uważnie dobierają słowa przeznaczone tylko dla jednego czytelnika. Tymczasem po latach te same słowa mają przeczytać jacyś obcy ludzie w autobusach, w lekarskich poczekalniach lub rozparci niedbale w domowych fotelach. Jak o tym pomyśleć, głupio jakoś się robi. W jeszcze bardziej idiotycznej sytuacji znajduje się recenzent. Czy rzeczywiście powinien ganić zakochanych za niedostatki dramaturgii, powtarzanie tych samych fraz do znudzenia lub mało nowatorskie koncepty? Kiedy już z intymnej korespondencji robi się literaturę, trzeba jakoś z tym problemem się uporać.

Piszę o tym i zaraz łapię się na wątpliwości, czy aby na pewno ujęłam sprawę właściwie. Bo może należałoby uznać, że listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza SĄ literaturą. Muszą nią być, skoro za przelewanie uczuć na papier biorą się postaci tego formatu. Szymborska i Filipowicz to kochankowie zwykli i niezwykli zarazem. Niezwykli z przyczyn oczywistych: ona – przyszła noblistka, on – znakomity prozaik z pokolenia debiutującego tuż po wojnie. Z drugiej strony temperatura uczuć i szczęście w związku z profesjami kochanków mają niewiele wspólnego.

Opublikowane listy, pisane w latach 1966–1985, nie tylko mówią wiele o życiu prywatnym dwojga autorów, ale też znakomicie odzwierciedlają rozwój i etapy ich miłości. Nie ma znaczenia, że w momencie gdy zawiązuje się ich romans, Szymborska jest po czterdziestce, a Filipowicz – po pięćdziesiątce. Miłosne szaleństwo dopada ich nieoczekiwanie i oboje ulegają mu z gorliwością nastolatków. Pierwsze listy, pisane w latach 60., kiedy Wisława Szymborska przebywała w sanatorium, lecząc gruźlicę, wzruszają czułością, obawami o kruchość świeżego uczucia, niekończącymi zapewnieniami o tęsknocie i wierności. Z biegiem lat korespondencja siłą rzeczy zmienia ton, staje się dowodem wzajemnej troski i dojrzałości związku. Każdy jednak, kto czytał choćby szczątkowe wspomnienia przyjaciół Szymborskiej i Filipowicza, wie doskonale, że nigdy nie stali się parą przewidywalną ani tym bardziej nudną.

„Ekscentryczna starsza pani. Rozchichotana, czasami frywolna, lubiąca językowe zabawy i practical jokes. Wolała rozmowy ze zwykłymi ludźmi niż kongresy poetów i dyskusje z intelektualistami” – pisze o Wisławie Szymborskiej Michał Rusinek w książce „Nic zwyczajnego”, by za chwilę stwierdzić, że to wszystko nieprawda. Podejmuje więc nową próbę opisu, w równym stopniu nieprawdziwą, co pierwsza: „Depresyjna. Melancholijna. Surowa w sądach o sobie i innych. Perfekcjonistka, nieznosząca rozmów o błahostkach”.

Kornel Filipowicz w jakimś stopniu musiał być do niej podobny. Wiadomo, że oboje mieli skłonność do drobnych szaleństw i swoje osobliwe słabości. Ona z niecodziennym zamiłowaniem do kiczu i fantazyjnych wyklejanek, on – zapalony wędkarz, biwakujący nałogowo i w doborowym towarzystwie (niewiele jest listów, w których Filipowicz choćby słówkiem nie napomknąłby o rybach). Chyba z największą czułością wspominał tych dwoje Jerzy Pilch. Opowiadał, że klapki na oczach zakochanej kobiety kazały poetce widzieć w ukochanym wybitniejszego twórcę od siebie. Ale skoro już mowa o porównaniach, lektura książki „Najlepiej w życiu ma twój kot” dowodzi niezbicie, że w sztuce epistolarnej Szymborska pozostawiała Filipowicza daleko w tyle. To ona z zapałem uprawiała literackie gry lub dla rozbawienia ukochanego podszywała się w listach pod komiczne, fikcyjne postaci. „Kocham cię bezustannie, tylko z przerwą obiadową” – pisze, a my doskonale wiemy, że kłamie. Kochała bez najkrótszych przerw.

Najlepiej w życiu ma twój kot | Wisława Szymborska, Kornel Filipowicz | Znak 2016