Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem legendę o Robercie Johnsonie sprzedającym duszę diabłu w zamian za muzyczny talent. Ale do dziś robi na mnie wrażenie: faustowski pakt przeniesiony w realia biednego amerykańskiego Południa. Historia chłopaka, pragnącego wyśpiewać całą nędzę swojego żywota. Na rozstaju dróg, gdzieś w stanie Mississippi, w środku nocy, uczy się więc od szatana sztuki gry na gitarze. To esencja bluesa, opowieść o biedzie, wykluczeniu, samotności, niemożliwych do spełnienia marzeniach.

Robert Johnson zmarł w 1938 roku, w wieku zaledwie 27 lat. Niewiele po nim zostało. Garść potwierdzonych faktów, dwie garści domysłów. Dwa lub trzy zdjęcia – na najsłynniejszym z nich czarnoskóry chłopak w eleganckim garniturze i przekrzywionym na bakier kapeluszu siedzi z gitarą, spogląda w obiektyw aparatu, uśmiecha się szeroko, lecz jakoś nieśmiało. I wreszcie nagrania, dwadzieścia dziewięć utworów zarejestrowanych podczas dwóch sesji w 1936 i 1937 roku. Wszystkie mieszczą się na nagrodzonym Grammy dwupłytowym albumie „The Complete Recordings” (1990), wydanym ponad pół wieku po jego śmierci. A nawet nie wiemy, gdzie umarł. Do dziś trzy miasta kłócą się o to, w którym z nich znajduje się prawdziwy grób Roberta Johnsona.

Ciekawe, czy świat przypomniałby sobie o nim, gdyby nie ten mityczny, diabelski pakt. Może to on przyciągnął w swoim czasie uwagę muzyków, którzy za legendą dostrzegli wielki talent. Nagrania Johnsona inspirowały nie tylko wybitnych bluesmanów, jak Muddy Waters czy Eric Clapton, lecz także Boba Dylana, Led Zeppelin, Rolling Stonesów i Black Sabbath. Bez jego dwudziestu dziewięciu piosenek historia muzyki rozrywkowej wyglądałaby zupełnie inaczej.

Być może w przewrotny sposób diabeł naprawdę dał mu nieśmiertelność.

Komiks Jeana-Michela Duponta i Pascala „Mezzo” Mesemberga zapożyczył tytuł od jednej z najbardziej znanych piosenek Roberta Johnsona. „Love in Vain” nie jest typową opowieścią biograficzną: trudno ze ścinków ułożyć potoczystą narrację, tym bardziej, że Dupont w swoim scenariuszu stara się dopisywać jak najmniej. Przedstawiając kolejne epizody z życia Johnsona komponuje raczej klimatyczną, bluesową balladę, w której artystyczny geniusz splata się z hedonistycznym szaleństwem i udręką. „Diabelska muzyka? Być może. Ale cóż lepiej ukoi cierpienie duszy?”, mówi anonimowy – do czasu! – narrator opowieści. A blues jest jej równoprawnym bohaterem. Precyzyjne, bogate w szczegóły i imponujące dokumentacją ilustracje Mezza pozwalają się przenieść w czasy, gdy blues był grany przede wszystkim w juke jointach, prowadzonych przez Czarnych nielegalnych spelunach, „tych śmierdzących siarką świątyniach nocy”. W czasy, gdy segregacja rasowa spychała czarnoskórych Amerykanów na margines marginesu. Gdy marzenie o karierze – nawet nie o sławie i wielkich pieniądzach, lecz o artystycznym spełnieniu i wyrzuceniu z siebie kotłujących się emocji – nie mogło być niczym więcej niż marzeniem. Pierwsza sesja nagraniowa przyniosła Johnsonowi względną popularność, trwającą zaledwie mgnienie oka.

Love in Vain” to krótka historia: niespełna 60 stron intensywnej, gęstej opowieści, uzupełnione tłumaczeniami kilku piosenek Johnsona. Warto ją czytać jako uzupełnienie – a może rewers – autobiografii Billie HolidayLady Day śpiewa bluesa” (opublikowanej w Polsce niedawno przez wydawnictwo Czarne). Nie tylko jako rzecz o niedolach i upokorzeniach, jakie musieli w Ameryce lat 30. znosić Afroamerykanie, lecz przede wszystkim jako opowieść o przemożnym pragnieniu muzyki.


„Love in Vain. Robert Johnson 1911 – 1938”, scenariusz: Jean-Michel Dupont, ilustracje: Pascal „Mezzo” Mesemberg, przeł. Olga Mysłowska, Kultura Gniewu 2017