Udział w produkcji filmowej to dla pani nowe doświadczenie.

Pierwszy raz pisałam scenariusz pełnometrażowego filmu fabularnego opartego na mojej własnej książce. Nie było to łatwe, gdyż w tym przypadku trzeba zupełnie inaczej myśleć. Przede wszystkim odpada spora ilość narzędzi literackich. Myśli się obrazowo, konstruuje dialogi i tworzy relacje między bohaterami. Nie można się wesprzeć opisem, aluzją, metaforą.

Jakim reżyserem jest Agnieszka Holland?

Jest nie tylko doświadczoną reżyserką, ale również scenarzystką. Była bardzo czujna i jej uwagi niezwykle mi pomogły. W ogóle byłam pod ogromnym wrażeniem tego, jak pracuje ekipa. To rodzaj maszyny doskonale zgranej i naoliwionej. Miałam wrażenie, że reżyserka ma każdy najmniejszy detal pod kontrolą.

Czy pisząc książkę, myślała pani, że myślistwo może być idealną metaforą sceny politycznej?

Książka została napisana osiem lat temu, w innych – wydawałoby się – czasach. Rzeczywistość tu i teraz dopisała nam ostry komentarz do tej opowieści. Chodzi przede wszystkim o sprawy związane z nową ustawą myśliwską, która daje jeszcze większe przywileje myśliwym.

Jakie?

Chodzi o pełen arogancji i buty stosunek rządu do natury, w tym Puszczy Białowieskiej. Dodatkowo zmieniono regulacje prawne niszczące osiągnięcia organizacji zajmujących się prawami natury. To trochę tak, jakby ktoś nam robił PR do filmu. Dla mnie „Pokot” jest jednak głębszą opowieścią, pomimo że skupia się na myśliwych. Temat polowań jest bardzo spektakularny, więc łatwo go opowiedzieć z dramatyzmem. Chciałabym jednak, żeby film czytano szerzej, jako metaforę mówiącą o arogancji i pewności siebie – patriarchalnej, anarchistycznej władzy, która ma w tym momencie swoje pięć minut na świecie.

Czy film został w ten sposób odebrany na festiwalu w Berlinie?

Entuzjastyczne przyjęcie w Berlinie upewnia mnie tylko, że festiwalowa publiczność jest bardzo otwarta, ciekawa i lubi niestereotypowe projekty. To ten rodzaj widza, który uwielbia niejednoznaczność, syci się cytatami, nawiązaniami i przeżywa kino głęboko. U nas podobne zachowania znajduję u publiczności festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu.

Przypomina pani, że kino chętnie sięga po archetypy. Czy oglądając film, czuła pani, że Janina Duszejko to ta sama postać, którą wymyśliła pani, pisząc książkę?

Janina Duszejko ma w książce swój wyraźny wizerunek, z którym wielu ludzi może się identyfikować. Wiek, płeć, ale także rodzaj pozostawania na marginesie i dojmujące poczucie braku wpływu na otaczającą ją rzeczywistość. W filmie jest to jeszcze bardziej udramatyzowane, ucieleśnione. Wszystko dzięki wspaniałej grze Agnieszki Mandat. To nowy rodzaj bojowniczki. Chyba jeszcze nigdy w historii kina nie było takiej postaci, która świetnie odnajduje się w tym archetypie.

Od początku pracy nad filmem odnalazła pani wspólny język z Agnieszką Holland w kwestii postrzegania praw zwierząt i traktowania przyrody?

Traktowałam Agnieszkę jako mistrzynię, która absolutnie wie, co robi, choć czasem bywałam świadkiem, że szuka, sprawdza i testuje. Ma bardzo silną osobowość, charyzmę i cechy przywódcze. Ufałam jej, kiedy zabrała się za „Pokot”. On jest nieco inny niż książka, inaczej ma rozłożone akcenty. Myślę, że porównywanie z książką może być ciekawe dla widza. Chociaż muszę przyznać, że na początku nasze rozmowy o świecie i polityce były bardzo burzliwe, przez co – twórcze.

Mówi pani, że trudno jest być pisarką w czasach, gdy każdy przekaz jest upraszczany, szczególnie przez media i polityków. W jaki sposób zatem tworzyć opowieści, czy to literackie, czy filmowe, aby nas uwrażliwiały?

W czasach prostego przekazu, postprawdy, postfaktów, zwyczajnego kłamstwa i chamskiej propagandy sztuka może znowu zacząć odgrywać swoją ważną rolę, tak jak bywa to w reżimach. Ludzie zawsze będą poszukiwać sensu i znaczenia świata, w którym żyją. Potrzebujemy wytłumaczenia na wyższym poziomie niż gadanie polityków do kamer, pełne hejtu komentarze w internecie czy kłamliwe relacje w telewizji. Sztuka, kino i literatura potrafią ująć temat znacznie szerzej, nawet w przypadku skomplikowanych kwestii. To bardzo specyficzny i wyjątkowy sposób porozumiewania się jednostek i społeczeństw między sobą. Patrząc na Berlinale – wielkie kolejki przed kinami, sposób postrzegania nieoczywistych filmów czy spożywaną żywność – rośnie mi serce. Największym zagrożeniem dla naszego umysłu i naszych duszy jest traktowanie świata jako biało-czarnego, jednoznacznego skryptu. Jeżeli sztuka ma mieć jakiekolwiek zadanie do wypełnienia, to z pewnością będzie to nieustanne poszukiwanie rożnych perspektyw i punktów widzenia.