W istocie Piłsudski wraz ze swym cieniem zaprezentowani przez Ziemkiewicza są straszliwie złowrodzy, a nawet jeszcze straszliwsi. Choć przez pierwsze 100 stron książki, mającej być rzekomo biografią Marszałka, jego postać przewija się sporadycznie. Dominują w niej endecy, którzy jak te pracowite mróweczki kultywują polskość i budują struktury alternatywnego państwa pod nosami zaborców. Młody Ziuk (jeszcze bez swego cienia) pojawia się tylko po to, żeby im to popsuć, rozdeptać, a potem poprowadzić naród do samobójczego powstania. Przy okazji poniżając rodaków: „Nie bójmy się tego słowa – chamskim odnoszeniem się Piłsudskiego do wszystkich, niedorastających jego wyżyn moralnej dyktatury” – podkreśla autor.

W tej części książki Ziemkiewicz powierzył Ziukowi jeszcze jedną ważną rolę. Jest po to, żeby czytelnik mógł sobie uzmysłowić, jak wspaniały był Roman Dmowski. Ideowy lider Ligi Narodowej góruje nad Piłsudskim w każdym aspekcie ludzkiego jestestwa. Po pierwsze, jest lepszym strategiem. „Piłsudski – i w tej sprawie, jak w większości innych, w których szło o politykę, ustępując rywalowi bystrością – wspólnym mianownikiem polskości postanowił (...) uczynić socjalizm” – twierdzi Ziemkiewicz, podkreślając, jak trafnie Dmowski postawił na katolicyzm. Oczywiście taktykiem pan Roman też jest o niebo lepszym i nawet jeśli wykazywał pewną słabość do kobiet lekkich obyczajów, to: „starannie unikał tego, co Kościół nazywał publicznym zgorszeniem. Nigdy nie pozwoliłby sobie ani na akt jawnej apostazji, jakim w wypadku Piłsudskiego był luterański ślub z pierwszą żoną, (...) ani na jawne, mówiąc kościelnym językiem, cudzołóstwo (...)”. Pasja, z jaką Ziemkiewicz stara się udowadniać przewagi swego idola, wskazuje na szczere uwielbienie. Dmowski jest lepszym organizatorem, mentorem, autorem etc. Ba, on jest nawet przystojniejszy i seksowniejszy od Ziuka. Autor gromi każdego, kto śmie dać wiarę temu, iż piękna rozwódka Maria Juszkiewiczowa wolała Piłsudskiego, gdy w konkury do niej miał też stawać i Dmowski. Powołując się na relację wyjątkowo wiarygodnego endeka Jędrzeja Giertycha, Ziemkiewicz podkreśla, iż pan Roman: „Co chciał, to u niej uzyskał, a żenić się nie zamierzał”. Jednym słowem chłop na schwał, a nie jakiś tam Piłsudski.

W tych nieustających zachwytach nad przywódcą endecji przytrafia się autorowi jeden zgrzyt, z którego nie do końca wie, jak wybrnąć. Oto Roman Dmowski wraca do kraju w maju 1920 r. i... Ano nic. „Dmowski – wracając do niego – miał w tej chwili wszelkie dane, i było to jego obowiązkiem, stanąć na czele zwycięskiego obozu i wziąć na siebie rolę przywódcy polskiego parlamentaryzmu” – sarka Ziemkiewicz. Tymczasem nie stanął. Co więcej, nawet nie próbował, ograniczając się do doradzania i mentorowania. Jak to możliwe, by geniusz tak górujący nad Piłsudskim pozwolił mu robić z Polską, co tylko tamten chciał? Nieco skonfundowany takim stanem rzeczy pisarz znajduje proste wyjaśnienie, otóż Dmowskiego „wszystko to, co mieści się w pojęciu »rządzić«, niepomiernie nudziło”. No jasne, przecież powszechnie wiadomo, że ludzie wybitnie inteligentni łatwo się nudzą. Gdy więc Dmowski bohatersko zmagał się z nudą, Ziuk zajmował się beznadziejnie nudnym rządzeniem.

W tymże rozdziale książki, zatytułowanym „Gwiezdny czas”, czeka czytelnika jeszcze jedna niespodzianka. Przez jakieś 40 stron Ziemkiewicz przedstawia tytułowego bohatera w całkiem pozytywnym świetle. O ile wcześniej starannie zadbał o to, żeby dobrać tylko źródła, które malują jak najczarniejszy obraz Piłsudskiego, przez moment jest inaczej. „Trudno w jego postępowaniu w tym czasie znaleźć – a może mi czytelnik wierzyć, że przy swoim stosunku do Piłsudskiego szukałem dobrze – jakiekolwiek ślady tej małostkowości, zapiekłości i brutalności w atakowaniu przeciwników” – ubolewa Ziemkiewicz. Po czym dobrnąwszy do roku 1921, rezygnuje z przeglądania źródeł. Tłumacząc odbiorcom ograniczenie podawanych faktów do minimum tym, że: „Nie uważam za potrzebne robić tu szczegółowy wykład o dziejach sanacji”. Jeśli ktoś czegoś nie wie, ma zawsze Wikipedię. Natomiast Ziemkiewicz skupia się na rozprawie z tym: „co bezsensownie kultywujemy po rządach sanacyjnych zbirów”, popadając przy tym w stan tak wielkiego wzburzenia i wzmożenia moralnego, jakby opisywał co najmniej okres rządów Platformy Obywatelskiej.

Cała druga część książki to średnio jeden fakt na stronę, opatrzony sążnistym komentarzem, nawiązującym do współczesności. Piszący wpada w rytm mickiewiczowskiego trzynastozgłoskowca i nawala w piłsudczyków wedle schematu: bandyci, k..., złodzieje, zajrzyj do Wikipedii, bandyci, k...., złodzieje, zajrzyj do Wikipedii... I tak całe 200 stron. Przebrnięcie przez nie sprawia ból już nie tylko psychiczny, lecz także fizyczny. Mniej odporny czytelnik, by go zagłuszyć, może próbować samookaleczenia. Na szczęście w tym antysanacyjnym trzynastozgłoskowcu zdarzają się co jakiś czas smaczki przynoszące ulgę. Jak choćby długa tyrada w obronie postawy endecji, po wybraniu przez parlament na prezydenta Polski Gabriela Narutowicza. Wina była jednaka wszystkich: „i tych, którzy napierdalali grudami śniegu i kamieniami w prezydenta Narutowicza, i tych, którzy napierdalali nimi w tych, którzy w niego napierdalali” – tłumaczy nieco zawile autor. Zaś Eligiusz Niewiadomski: „Gdyby wybrano Zamoyskiego (kandydata na prezydenta obozu narodowego – przyp. aut.), zabiłby Zamoyskiego”. Jeśli od niedawna gdzieś w Polsce dochodzi spod ziemi jednostajny furkot, to znaczy, że właśnie tam nieboszczyk Niewiadomski po takiej insynuacji przewraca się w grobie z szybkością turbiny gazowej.

Rafał A. Ziemkiewicz zadedykował książkę pamięci dziadka, działacza Stronnictwa Narodowego i wójta Czerwińska Stanisława Ziemkiewicza. Przedstawiając swe dzieło jako oddanie sprawiedliwości przodkowi za bliżej nieokreślony krzywdy ze strony sanacyjnego reżymu. Kreując się przy okazji pomszczenia dziadka na pogromcę mitów narosłych wokół despoty z mózgiem przeżartym kiłą. Na podsumowanie bowiem Ziemkiewicz przytacza wziętą z pseudonaukowej książki Marka Kamińskiego teorię o wenerycznej chorobie Marszałka, która doprowadziła go do szaleństwa. Nie zadając przy tym choćby najprostszego pytania: jak rzekomo chory od dawna na syfilis Piłsudski mógł nie zarazić żony i spłodzić dwie zdrowe córki? Jednak to nieistotny drobiazg, przeszkadzający w dekonstruowaniu mitu. Bo tak naprawdę w książce Ziemkiewicza o to chodzi. Jej autor, od dawna czując się spadkobiercą Romana Dmowskiego (a ostatnio chyba nawet reinkarnacją), nie ukrywa marzeń o odbudowaniu wielkiego Obozu Narodowego. Niestety wyobraźnią Polaków zawładnął Piłsudski, zaś Dmowski, no cóż, delikatnie mówiąc, jest postacią w zbiorowej świadomości niespecjalnie „seksi”, nawet dla zagorzałych narodowców. Nie porywa i trudno byłoby mu postawić pomnik na koniu z szablą w dłoni. Jedyne, co pozostaje, to tak długo dekonstruować mit Piłsudskiego, by w końcu na jego gruzach zbudować legendę zawsze mądrzejszego, przystojniejszego, nowocześniejszego Dmowskiego. Wyzwanie tytaniczne, tym bardziej jeśli drugą połowę „Złowrogiego cienia Marszałka” pisze się tak, jakby urlop miał się skończyć za pięć dni. A jedyne, co pozostaje, to wziąć trzy stare felietony i nadąć dygresjami do rozmiarów sporego balonu. Tu aż ręka świerzbi, by wziąć szpileczkę i..

„Złowrogi cień marszałka”, Rafał A. Ziemkiewcz, Fabryka Słów 2017