Agnieszka Osiecka, wychowana pod kloszem panienka z "dobrego domu", do wzorowanego na radzieckim Komsomole Związku Młodzieży Polskiej zapisała się w liceum, bo organizacja dawała możliwość spotykania się z chłopcami, ale w 1951 roku - jak wynika z "Dzienników" - zaczęła traktować swoją przynależność bardzo serio. W pamiętniku wielokrotnie przeprowadza analizę swojej osobowości, stara się kształtować w sobie "marksistowskiego ducha".

Przestaje chodzić na religię, prowadzi agitację w szkole, uczestniczy w "zebraniach kolektywu", a na jednym z nich doprowadza do wyrzucenia z organizacji jednej z koleżanek. Nadal pielęgnuje swoje ambicje pisarskie, czytuje Boya i Słonimskiego, ale zachwyca się też twórczością Wandy Wasilewskiej i deklaruje, że chciałaby pisać tak jak ona.

W dzienniku co strona pojawiają się słowa "postęp", "materializm", "masówka", "zetempówka", a słowo "reakcja" czy "reakcjonista" mają zdecydowanie negatywny wydźwięk. Osiecka, gdy nie pisze o lekturach i chłopcach, staje się szalenie moralizatorska, pisze o potrzebie pokoju na świecie, analizuje ustrój, zachwyca się kolegami z ZMP, krytykuje mieszczańską moralność koleżanek. W tym stanie ducha dostaje się na Wydział Dziennikarstwa UW i rozpoczyna działalność w uczelnianym ZMP. Na początku jest pełna entuzjazmu. Ponieważ dobrze radzi sobie w nauce, zostaje jej powierzony obowiązek "pracy z kolektywem”, czyli douczania czwórki słabszych kolegów. Idzie jej znakomicie - jej podopieczni nadrabiają zaległości, Osiecka ma w ZMP znakomitą opinię, choć już zaczyna dostrzegać, że rzeczywistość nie do końca odpowiada ideałom.

Chciałyśmy, aby w naszej grupie powstało takie radosne, prawdziwe ZMP. Ale nic z tego - pisze 17 maja 1953 r. Nie da się u nas stworzyć organizacji popartej na wzajemnym zaufaniu i lubieniu się. Na przykładzie naszego wydziału słuszne staje się moje stare, sceptyczne stwierdzenie: "strach jest ojcem szacunku i warunkiem organizacji" - pisze Osiecka.

Kryzys w stosunkach Osiecka - ZMP rozpętał się dobre w listopadzie 1953 roku, kiedy na zarządzie głównym wydziałowej organizacji stanęła sprawa fałszowania podpisów w indeksach. Z "Dzienników" trudno się zorientować, o co konkretnie chodziło, bo Osiecka - być może przez ostrożność - unika opisywania konkretów. Można jednak wywnioskować, że wiosną tamtego roku kilkoro z grona jej najbliższych znajomych "uzupełniło" sobie samodzielnie wymagane wpisy w indeksie. Nie chodziło na pewno o stopnie na egzaminach, raczej o zaliczenie mniej ważnych zajęć. W gronie podejrzanych znalazł się Janusz Gazda - ówczesny ukochany Agnieszki. Szybko stało się jasne, że ci, którzy podrabiali podpisy i którzy z tego skorzystali, ale też przyjaciele oskarżonych, będą mieli na uczelni poważne kłopoty i są wręcz zagrożeni karnym relegowaniem ze studiów. Jest strasznie (podpisy)  - pisze Osiecka 13 listopada.

Nie po raz pierwszy Agnieszka obserwowała sądy odprawiane przez zarząd główny wydziałowego ZMP nad studentami, ale pierwszy raz zasiadła na ławie oskarżonych. Zajęcia na kilka dni zostały zawieszone, a uczelniany kolektyw skupił się na intensywnym śledztwie. Linia obrony Osieckiej, która podnosiła różnicę pomiędzy podrobieniem takich "formalnych" podpisów a sfałszowaniem „poważnych" wyników egzaminów, została szybko użyta przeciwko niej. Agnieszce zarzucono, że bagatelizuje poważne przestępstwo fałszowania dokumentu państwowego, a co więcej, że to atmosfera przez nią tworzona w grupie - jej swobodne zachowanie, przekonanie, że można z kolegami rozmawiać na każdy temat - przyczyniła się do rozpowszechnienia tak niefrasobliwych zachowań.

Osiecka usłyszała, że "nie umie partyjnie myśleć". Aleksander Litwin, dziekan Wydziału Dziennikarstwa UW i opiekun studentów z ramienia partii, zarzucił jej, że idzie po linii "kwaśno-drobnomieszczańskiego liberalizmu", ulega wpływom ojca-kosmopolity, a jej zachowanie na uczelni "miało charakter złej roboty" i przyczyniało się do "budowania muru miedzy aktywem a ludem". Osiecka złożyła samokrytykę, ale jej nie uwierzono. Z zapisków w dzienniku wynika, że na tym etapie ciągle jeszcze wierzyła w ideę ZMP, a rozczarowana czuła się tylko konkretnymi osobami, które "szczeniacki wygłup" ukochanego Janusza zamierzali ukarać "niewspółmiernie do jego winy". Osiecka jednak ciągle jeszcze marzy o przekonaniu aktywu, że "za ten komunizm w piekło bym poszła" - jak pisze.

W kolejnych dniach sytuacja Osieckiej się pogarsza. Padają słowa o jej "wrogiej, rozbijackiej robocie" i "wrogim wpływie politycznym". 16 listopada Agnieszka pisze, że jeżeli wyrzucą ją z uczelni to odbierze sobie życie. Jest naprawdę przerażona. Na uczelni składa kolejną samokrytykę, w dzienniku analizuje swoją postawę i przyznaje, że ma "galaretę zamiast światopoglądu", a na jej obrazie świata zaważyło cieplarniane wychowanie na Saskiej Kępie. Przychodziłam z całym moim fermentem i humorem do ludzi słabych lub niezorientowanych, siałam wątpliwości, budziłam odruchy buntu (...) najgorszy wróg nie mógłby mieć lepszych rezultatów, niż ja osiągnęłam w ten sposób - pisze.

Kolejne dni sądu uczelnianego doprowadzają Osiecką do takiego załamania, że zakończenie całej sprawy - wyrzucenie jej z ZMP - przyjmuje z rodzajem ulgi, jako zakończenie afery. Ma jednak poczucie, że potraktowano ją niesprawiedliwie. W dzienniku przypomina swoje zaangażowanie w prace społeczne, wspólną naukę "z kolektywem". Zauważa też jednak, że w wielu sprawach ma poglądy odmienne od oficjalnej linii partii. W dodatku jest przekonana, że "z takimi poglądami można budować komunizm i jeżeli partia sądzi inaczej, to jest to wina partii, a nie moja". Najwyraźniej w młodej pisarce dokonał się przełom, który już nigdy nie pozwoli jej zaangażować się w żaden zbiorowy ruch doskonalenia ludzkości. Osiecka wybiera indywidualizm, co zaważy na reszcie jej życia.

Dzienniki Agnieszki Osieckiej, pisane od dziewiątego roku życia aż do śmierci, to najintymniejszy ze wszystkich jej tekstów.

Pisarka, dziennikarka, reżyser filmowy, dramaturg przede wszystkim była autorką tekstów ponad 2 tys. piosenek. Wiele z nich, jak "Okularnicy" czy "Małgośka", przeszło do klasyki polskiej piosenki. W roku 1954 związała się ze Studenckim Teatrem Satyryków (STS), dla którego napisała ponad 160 tekstów, m.in. "Piosenkę o okularnikach", "Widzisz mała", "Kochanków z ulicy Kamiennej". Osiecka pozostawiła po sobie nie tylko piosenki, ale też legendę towarzyską.

Na temat jej życia – niechęci do ustabilizowania się, „nieudomowienia” - jak sama mawiała - dwóch małżeństw, licznych romansów m.in. z Markiem Hłasko, problemów z alkoholem, napisano tomy. Przyjaciółka Osieckiej Magda Umer podejrzewa, że prawie każdy tekst Osieckiej jest w jakimś stopniu autobiograficzny.

"Dzienniki" Agnieszki Osieckiej publikuje wydawnictwo Prószyński i S-ka.