Ludzkość ma to do siebie, że wybiela swoich bohaterów po ich śmierci. W przypadku Martina Luthera Kinga przez lata zrobiono wiele, by uczynić go mniej czarnym, za to bardziej przystępnym dla białej części społeczeństwa. Zdecydowana większość Amerykanów ma zakodowany bardzo powierzchowny obraz legendarnego aktywisty: działał na rzecz zniesienia dyskryminacji rasowej, był laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, wygłosił słynne przemówienie „Miałem sen”. Tyle.

W powszechnej świadomości King pozostaje historycznym odpowiednikiem postaci kreowanych często przez Morgana Freemana w filmach ku pokrzepieniu serc. Co roku w trzeci poniedziałek stycznia obchodzony jest w Stanach Dzień Martina Luthera Kinga. Święto wolne od pracy, obfitujące w marsze na rzecz równości, koncerty, msze i wyprzedaże pamiątek. Prawie jak poprawiny po gwiazdce, niewątpliwie równie pozytywne, ale i podobnie patetyczne, pozbawione głębszej myśli, sprowadzające osobowość pastora do miłego, dobrotliwego wujaszka ze świecznika, w blasku którego można się ogrzać i uspokoić sumienie. Trochę Mesjasz, trochę Disney.