Zbrodnie na narodzie polskim popełniali "naziści", "komuniści" oraz "ukraińscy nacjonaliści i kolaboranci". O ile tradycyjnie polska negacja zarzutów o wspieranie Niemców w dziele zagłady Żydów jest trwałym elementem rodzimego dyskursu tożsamościowego, zgodnie z którym ofiary w żadnych okolicznościach nie mogą być katami, o tyle to, że doklejono bez ładu i składu kwestię ukraińską w takim kontekście i brzmieniu (w pierwotnym projekcie, który przeleżał w parlamencie prawie półtora roku, nie było o tym ani słowa), pachnie już czymś innym. Mówiąc najkrócej: pachnie Moskwą Putina. I postsowiecką polityką pamięci historycznej, wybielającą stalinowski genocyd, szukającą dziejowych usprawiedliwień dla zaboru Krymu i prowadzenia krwawej wojny na ukraińskim terytorium. Faktyczna niepodległość Ukrainy jest spełnieniem koszmarnego snu Józefa Stalina. Jest też z różnych powodów, jakby ktoś nie zauważył, polską racją stanu – niezależnie od rachunku niewyrównanych win, jaki mamy z Ukraińcami.

Centralne wydarzenie, wokół którego koncentruje się ukraińska tożsamość narodowa (wciąż w budowie), to zresztą nie konflikt z „Lachami”, lecz Hołodomor, Wielki Głód z lat 1931–1933, w wyniku którego śmierć – z głodu, od chorób, z rąk komunistycznych bojówek rekwizycyjnych – poniosło na terytorium ówczesnej sowieckiej Ukrainy (czyli bez należących wtedy do Polski Wołynia i Hałyczyny/Galicji Wschodniej) od 3 do 4 mln ukraińskich chłopów. Nie był to żaden fatalny zbieg niesprzyjających okoliczności, lecz planowa gra na wyniszczenie – Stalin postanowił upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: ukarać ukraińską wieś za opór stawiany przy masowej kolektywizacji i zdusić w zarodku lokalne aspiracje narodowe. A następnie zrobił to, co zwykł robić, zebrawszy śmiertelne żniwo: obciążył ofiary odpowiedzialnością.