Anna Sobańda: Były momenty, w których wymiar sprawiedliwości w PRL działał dobrze?

Helena Kowalik: Ja w ogóle nie powiedziałabym, że PRL to był czarny rozdział w historii wymiaru sprawiedliwości. Na pewno w czasach stalinowskich dochodziło do powszechnego pogwałcenia prawa i niehumanitarnego wyrokowania. Jednak już po tym czasie niewątpliwych wypaczeń, w moim przekonaniu sądy działały prawidłowo; to znaczy przestrzegając procedury postępowania sądowego i orzekając w oparciu o obowiązujący wówczas kodeks karny.

Sędziowie nie byli pod presją władzy?

To zależy, jak rozumieć tę presję. Bardziej politycznym organem była prokuratura. To organy ścigania przygotowywały akt oskarżenia. Oczywiście sędziowie wyrokowali zgodnie z kodeksem karnym uchwalonym przez władzę ustawodawczą, czyli sejm złożony z polityków. Ale większość paragrafów kk definiowała kary w tzw. widełkach, zatem od konkretnego sędziego, jego oceny materiału dowodowego, uczciwości, wnikliwości zależało, jak wysoki będzie wyrok. Analizując do książki dane ponad stu procesów karnych nie zauważałam jawnie drastycznej ingerencji władzy w to, co działo się na sali sądowej. Ta ingerencja polegała raczej na wywołanej z inicjatywy KC akcyjności sadzania przestępców na ławie oskarżonych. Zazwyczaj wywoływała to aktualna sytuacja społeczna, na którą władza chciała zareagować. Zatem przetaczała się przez kraj fala procesów gwałcicieli nieletnich, handlarzy twardą walutą, złodziei mienia państwowego, czy łapówkarzy. Surowymi wyrokami chciano przykryć właściwie przyczyny takich patologii.

W czasach PRL nie wszystkie przestępstwa ścigane przez wymiar sprawiedliwości były negatywnie postrzegane przez społeczeństwo.

Prawda. Na przykład przemycanie niedozwolonych towarów przez granice w warunkach, gdy w kraju brakowało już nawet artykułów pierwszej potrzeby było nie tylko usprawiedliwione w opinii społecznej, ale i traktowane, jako dowód przedsiębiorczości Polaków. Widać to na przykładzie głośnych w tamtych czasach procesów olimpijczyków. Jedna z mistrzyń olimpijskich pochodząca z Zakopanego, została wciągnięta w dosyć poważny proceder przemycania przez granicę obcej waluty. Jako znana sportsmenka dość swobodnie przekraczała granicę i podłączyła się pod nią przestępcza szajka, która miała na swoim sumieniu postrzelenie pogranicznika. Kiedy odbył się jej proces, oskarżona okazała się bardzo lojalna wobec innych mieszkańców Zakopanego i Podhala, którzy przemycali na potęgę. Nie wydała ich. Bardzo przeżywała jednak swój areszt i prosiła nawet, by jej koleżanki z drużyny nie przyszły na rozprawę, gdyż nie mogłaby spojrzeć im w oczy. W Zakopanem cieszyła się jednak uznaniem, nie tylko za lojalność, ale i za to, że była obrotna.

Spryt i kombinowanie jak oszukać państwo były cenionymi cechami w czasach PRL?

Tak, ale do czasu, co z kolei pokazuje proces gangu „złotogłowych”, którzy handlowali dziełami sztuki. To był bardzo poważny proceder, narażający polską kulturę na duże straty. Ci przestępcy ogołocili Polskę z dzieł sztuki i bardzo się na tym wzbogacili. Proces był głośny i tłumnie obserwowany przez ludzi, którzy chcieli zobaczyć właścicieli taką drogą zdobytych fortun. Na sali sądowej czuło się, że publiczność zieje nienawiścią; nie dlatego, że potępiała oskarżonych - ludzie nie przejmowali się wywożeniem za granicę dobra narodowego, chodziło o to piramidalne wręcz wzbogacenie się.

Stąd tylko krok do powszechnej aprobaty kradzieży tego, co państwowe.

Bo jak coś było państwowe, to znaczy, że niczyje. W książce opisuję sprawę, która zaczęła się od tego, że w pewnej niewielkiej miejscowości przy wschodniej granicy na Wszystkich Świętych kobiety pojawiły się na cmentarzu w takich samych nowych płaszczach w charakterystyczną kratę. Jak się okazało, płaszcze pochodziły z obrabowanego pociągu. Pociągi przewożące towary do Rosji były na tej trasie regularnie ograbiane przez miejscowych chłopów. A emerytowana nauczycielka, która zgłosiła okradanie na policję, była przez lokalną społeczność bardzo sekowana, wręcz grożono jej śmiercią.

Czy władze PRL ścigały też swoich?

Tak, zazwyczaj wówczas, gdy następowała zmiana polityczna. Na przykład „afera żelazo” z lat 70, czyli sprawa trzech braci z Bielska Białej, którzy w zmowie z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych nielegalnie przywozili z RFN złoto i dolary, zdobyte w drodze kradzieży i rozbojów. Co do podziału łupów dogadali się z dyrektorem departamentu I MSZ generałem Milewskim, potem oskarżonym i osądzonym. Kiedy w 1984 roku frakcja Kiszczaka walczyła z Milewskim, wyciągnięto całą aferę i zrobiła się z tego głośna sprawa.

Partyjni prominenci rozkradali państwo na potęgę. Czy zdarzało się, że stawali za to przed sądem?

W 1981 roku, przed wprowadzeniem stanu wojennego, kiedy faktycznie rządziła Solidarność, zaczęły się rozliczenia tak zwanych „nababów”, czyli wysokich funkcjonariuszy, czy urzędników partyjnych. To był czas procesów Macieja Szczepańskiego, prezesa telewizji, Adama Glazura, ministra budownictwa, który za państwowe pieniądze zbudował sobie w Popowie kilkupiętrową willę i kilku innych członków rządu. Zwłaszcza proces Glazura była anatomią bezkarnego korzystania na prywatny użytek z usług i pieniędzy firm państwowych.

Władza była uważana za wrogą, dlatego z ludzi, którzy z nią walczyli po roku 1989 niemal automatycznie robiono bohaterów. Tymczasem oni nie zawsze na takie miano zasługiwali, co pokazują opisane przez panią sprawy Romualda Rajsa i Paramonowa.

Paramonow był bandziorem. Zabijał policjantów dla zysku, ograbiał prywatne sklepiki, dla których utrata utargu i części towaru z półek oznaczała bardzo poważne kłopoty. Ulica uważała go jednak za bohatera godnego podwórkowych ballad, ponieważ strzelał do mundurowych, a niechęć do tych stróżów porządku publicznego władzy była powszechna.
Zaś Romuald Rajs „Bury” to już sprawa polityczna i wielki dramat Białorusinów, którzy mieszkali na polskich terenach. „Bury” zamordował tak zwanych wozaków - Białorusinów mieszkających we wsiach w okolicach Hajnówki. Jedna z interpretacji jego motywów działania mówi, że chciał w ten sposób przed swoimi decydentami za granicą, pokazać jaką ma siłę. Zamordował więc tych biednych Białorusinów, których ciągle podejrzewano o sprzyjanie Armii Czerwonej. Podpalał całe wsie, nie patrząc, czy są tam kobiety i dzieci. Robienie dziś z niego bohatera, to wielkie nadużycie historycznych faktów.

„Bury” w latach 50. został skazany na karę śmierci.

I karę wykonano. Kiedy 1993 roku weszła w Sejmie ustawa o rehabilitacji ofiar stalinowskich i odszkodowaniach dla nich, syn Rajsa dostał odszkodowanie za ojca, ofiarę stalinowskiego sądu. Po latach jednak IPN uznał, że „Bury” dopuścił się zbrodni ludobójstwa. Dzisiejszym władzom taka praca IPN-u by się nie spodobała, tym bardziej należy ją docenić, bo historycy bardzo szczegółowo przepytali ostatnich żyjących świadków, wśród których byli członkowie grupy „Burego”. Oni przyznali, że strzelali, bo Bury im kazał. Chodzących do cerkwii Białorusinów uważali za ruskich.

Kara śmierci funkcjonowała przez cały okres PRL. Czy natknęła się pani na przypadki, kiedy została wykonana niesłusznie?

Tak, taką głośną sprawą jest proces Kota z Krakowa. To był ten słynny „wampir”, który został skazany na karę śmierci. Potem dokonano sekcji zwłok, która wykazała, że chorował na guza mózgu, czyli w ogóle nie powinien być sądzony. Gdyby o tym wiedziano wcześniej, prawdopodobnie byłby zamknięty w zakładzie psychiatrycznym, a może by go operowano.
Była też sprawa Wencla, który zabił dwie osoby. To był chłopak, którego matka wyrzekła się zaraz po urodzeniu, a następnie był przekazywany przez obcych ludzi z rąk do rąk. Na zimę zwykle lądował w zakładzie karnym, bo tylko tam miał zapewniony dach nad głową. On tę matkę zawsze chciał poznać, jako dorosły mężczyzna odnalazł ją, ale znów go odtrąciła. Wszystko, co robił później, było zdeterminowane przez tęsknotę za nią. Jedną z jego dwóch ofiar była kobieta, którą zabił dlatego, że zamiast kupić swoim dzieciom pomarańcze na Święta, wolała przepić pieniądze. Notabene były to pieniądze Wencla podarowane kobiecie z myślą o dzieciach. W sądzie tłumaczył, że bardzo fizycznie przypomniała mu jego matkę. Mówił, że zabił, bo chciał „wyrwać chwasta”. Drugą jego ofiarą był mężczyzna, który źle się wyraził o swojej matce. Oczywiście Wencel powinien zostać ukarany, ale przy tak drastycznym braku zainteresowania jego losem przez instytucje państwowe mam wątpliwości, czy zasłużył na karę śmierci.

Jest pani przeciwniczką kary śmierci?

Jestem zdecydowaną przeciwniczką, nie tylko z uwagi na eschatologię chrześcijańską. Z całkiem pragmatycznego powodu: zdarzają się przecież pomyłki sądowe. Dożywocie, zwane przez samych skazanych „karą śmierci odłożoną w czasie”, daje możliwość ubiegania się o warunkowe zwolnienie. Poza tym, jest szansa na poprawienie ewentualnej pomyłki sądu. Pracując nad kolejnymi książkami, przyglądam się procesom sądowym i widzę, jak często pojawiają się wątpliwości przy orzekaniu stopnia winy oskarżonego.

Czy było coś, co w sądownictwie w czasach PRL działało sprawniej niż dziś?

Niewątpliwie samo procesowanie. W latach 60. - 80. oskarżony stawał przed sądem zazwyczaj codziennie i w związku z tym po tygodniu, dwóch, zapadał wyrok.

Dlaczego dziś sprawy toczą się latami?

Często pojawiają się trudności organizacyjne, na przykład brak konwojentów, transportu. Ostatnio słyszę, jak sędzia, wyznaczając odległy termin kolejnej rozprawy, tłumaczy się brakiem wolnej sali. Jest też problem biegłych, którzy obecnie występują niemal w każdej sprawie karnej. Jeżeli są to biegli z zakładu medycyny sądowej, terminy wykonania zleconej pracy wyznaczają za rok albo i dłużej.

Czy to wynika z niedofinansowania sądów?

Nie wiem, na pewno jednak nie jest to zła wola sędziów, bo oni robią, co mogą. Ale brakuje im asystentów, są nazbyt obarczeni liczbą przydziałowych spraw, które muszą prowadzić jednocześnie.

Czy sędziom peerelowskim zdarzało się sprzeciwić prokuratorowi, zakwestionować jego akt oskarżenia?

Śledziłam głośne procesy, które wystawiały bardzo dobre świadectwo sędziom. Przykładem może być sprawa porwanej lekarki z Płocka. Kobieta została zamordowana i do dzisiaj jej ciała nie znaleziono. Było to więc proces poszlakowy. Wiele wskazywało na oskarżonego, który pod pretekstem rzekomej choroby dziecka wyprowadził lekarkę z domu i od tej pory ślad po niej zaginął. W śledztwie opowiedział bajkę, że gdzieś na trasie dwóch nieznanych mu mężczyzn przejęło kobietę i on nie wie, co z nią zrobili. Opinia publiczna, a za nią prokuratura, domagały się surowego wyroku, bowiem lekarka była bardzo szanowana, w dodatku okoliczności wskazywały na to, że przed śmiercią porywacz perfidnie ją dręczył.
Mimo to, sąd nie ugiął się pod presją społeczną i nie skazał podejrzanego za morderstwo. Skazał tego człowieka za porwanie i próbę uzyskania okupu. Zdaniem sądu bowiem, w tym poszlakowym procesie popełniono tyle błędów, że nie można było wydać innego wyroku. Czy nie jest to świadectwo odwagi i determinacji sędziego, zwłaszcza w obliczu kary śmierci?. A takich przykładów jest w książce więcej.

Sądownictwo czasów PRLu ma jednak złą sławę.

Niestety, bardzo ciążą na nim okrutne wyroki stalinowskie, a także stan wojenny.

Oraz podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości politykom.

Tak, ale dziś także zdarzają się procesy, w których w sformułowaniu aktu oskarżenia maczali palce politycy. Przykładem może być sprawa profesora Jana Widackiego, oskarżonego kilka lat temu o to, że jako adwokat wszedł w konszachty z gangsterem, który był jego klientem. Miał to być koniec kariery politycznej prof. Widackiego jako posła, prawnika, wykładowcy akademickiego. Proces był długi, jako świadek oskarżenia występował Zbigniew Ziobro wówczas jeszcze nie minister, a także wielu posłów z Wiejskiej. Niewątpliwie był to proces na zlecenie polityczne. Oskarżony został w końcu uniewinniony przez sąd.

Jak ocenia pani obecne zamieszanie wokół sądów?

Negatywnie, bo narusza konstytucyjna zasadę trójpodziału władzy. To jak pani określa „zamieszanie” może mieć jedną dobrą stronę, a mianowicie mówi się o czymś, co wcześniej było przemilczane. Porusza się temat zaniedbań, niedogodności i problemów sądownictwa. Ubolewam tylko nad tym, że tak mało głosu zabierają sami sędziowie, którzy mogliby najwięcej powiedzieć na temat tego, co im przeszkadza i co można byłoby zrobić, żeby usprawnić ich pracę. Moim zdaniem mechanizm polskiego sądownictwa nie potrzebuje o rozregulowania, a jedynie połatania pewnych dziur. A na pewno nie są właściwym rozwiązaniem czystki kadrowe. Ostatnio czytałam statystyki mówiące o tym, że mimo podejmowanych przez ministra sprawiedliwości prób postawienia do pionu polskich sądów, one działają teraz mniej sprawnie niż przed jego zmianami. Czy wiec na pewno w tych zmianach chodziło o usprawnienie polskiego sądownictwa?

Obawia się pani, że nasze sądy stracą konstytucyjną niezawisłość?

Chciałaby wierzyć w to, że sędziowie się nie ugną, ale życie jest życiem. W sądach niższej instancji jest ok. 10 tys. sędziów, motywy postępowania mogą być bardzo różne. Może być polecenie z góry, albo odpowiednia sugestia, czy chęć awansowania wyżej, a czasem zwykła niedbałość.

Zostaje nam wiara w moralność sędziów?

Bardziej w etykę zawodową. Sędzia ma kodeks, który wyznacza brzegowe granice podejmowanej decyzji o wyroku. Ale pole do samodzielnego myślenia jest duże. Chodzi więc o to, jak dalece taki sędzia czuje się odpowiedzialny za los i życie człowieka, którego osądza.

Helena Kowalik - dziennikarka, pisarka, wieloletnia korespondentka prasowa z sal sądowych. Pracowała między innymi w "Życiu Warszawy", "Przeglądzie Tygodniowym", "Przeglądzie" oraz "Prawie i Życiu". Autorka kilkunastu książek, głównie zbiorów reportaży.