W pańskiej twórczości powraca wątek konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Broni pan rozwiązania pokojowego i opowiada się za podziałem Palestyny na dwa państwa. Pisarz powinien być pacyfistą?
Amos Oz: Pisarz powinien pisać. Mogę tylko mówić o konkretnym przypadku pisarza - o sobie. Piszę książki i zarazem bywam aktywistą pokojowym, bo widzę bezpośredni związek między moją działalnością polityczno-społeczną a byciem pisarzem w Izraelu. Moja praca polega na wyobrażaniu uczuć i przemyśleń innych ludzi - dotyczy to zarówno prozy, jak i esejów politycznych i działalności pacyfistycznej. Piszę, by nie poddawać się nihilizmowi.

Bohater "Fimy" jest irytującym wszystkich lewicowym intelektualistą. Czy panu też zdarzyło się ulec złudzeniu, że wprowadzenie pokoju w Izraelu jest tak łatwe?
Nie jestem takim optymistą, jak Fima. On wierzy, że posiadł uniwersalną formułę natychmiastowo rozwiązującą wszystkie problemy polityczne wynikłe z konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Ja nigdy nie byłem tak naiwny, by myśleć, że pokój można ogłosić tak łatwo, nie poświęcając istnień ludzkich. Ale generalny zarys tej postaci i sposób myślenia Efraima jest bliski mojemu: uważam, że idea tworu dwupaństwowego jest najbardziej realistycznym rozwiązaniem krwawego sporu między Żydami a Palestyńczykami. Jedyna różnica między Fimą a mną jest taka, że ja nigdy nie chciałem być premierem Izraela...

Co się zmieniło w pana myśleniu w kilkanaście lat po napisaniu "Fimy"? Esej "Jak uleczyć fanatyka" (2004) dowodził, że konflikt ten nie jest wojną religii, kultur czy tradycji, lecz sporem o państwowość. I może być rozwiązany jedynie przez bolesny kompromis.
Sądzę, że pragmatyczny, a zarazem bolesny kompromis jest dziś bliższy niż kiedykolwiek, bliższy niż wówczas, gdy powstawał "Fima". Chociaż nie jestem przekonany o jego bliskości. Po prostu po raz pierwszy w historii między premierem Izraela a przywódcą Autonomii Palestyńskiej toczą się pragmatyczne, pozbawione zacietrzewienia rozmowy.

Współczesny Izrael pełen jest paradoksów. Wyzwolone, liberalne społeczeństwo żyje w silnie wyznaniowym państwie. Wszyscy obchodzą szabas, ale są tacy, co strzelają do arabskich dzieci.
Tak, Izrael to paradoksalny twór wypełniony od samego zarania państwowości mnóstwem pozornie znoszących się różnic. Od początku widoczne były sprzeczności między tym, co świeckie, a tym, co religijne, tym, co europejskie, i co orientalne. Jaskrawiej niż w Europie czy USA kształtują się tu różnice między prawicą a lewicą i między socjalistami a reprezentantami mieszczaństwa. Już w czasach, gdy państwo żydowskie istniało tylko w formie projektu, typowe były silne animozje między pacyfistami a militarystami - później przeniosły się one na całe społeczeństwo. Dla mnie te różnice są i piękne, i niebezpieczne. Piękne, bo są źródłem ogromnej kreatywności: zróżnicowanie intelektualne i kulturalne to podstawa wszelkiej twórczości. A niebezpieczne, bo prowokują wiele społecznych napięć w rodzaju nieprzejednanej postawy w konflikcie. Sądzę jednak, że Izraelczycy wyróżniali się i nadal wyróżniają przeszłością i historia; to ona leży u podstaw owych paradoksów społecznych.

Pana proza i eseje niosą ludziom nadzieję na pokój. Ale czego tak naprawdę oczekują przeciętni czytelnicy w Izraelu: rajskiego wizerunku dawnego kibucu czy zagrzewającej do walki utopii politycznej?
Nie istnieje takie zjawisko jak przeciętny czytelnik izraelski. Nie znajdzie pani u nas choćby dwóch czytelników, którzy mają te same opinie na temat jakiejś książki. Większość Izraelczyków - dotyczy to także intelektualistów - nie czyta powieści, by się nimi rozkoszować. Czytają książki, by się z autorem zgadzać albo nie.

Fimie udało się uciec przed wojskiem dzięki wstawiennictwu ojca. Jak Izraelczycy godzą moralnie obowiązkową służbę w silnie zmilitaryzowanym wojsku z tragiczną przeszłością?
Tłumaczę to być może niezrozumiałymi dla kogoś z zewnątrz sprzecznościami: mamy silny wrodzony instynkt obronny, którym chcemy zarazić nasze dzieci, by potrafiły bronić życia swego i swoich rodzin. Nie stoi to w sprzeczności z doświadczeniem Holocaustu, wręcz przeciwnie - uzupełnia go i jest jego konsekwencją. Oczywiście, służba wojskowa w Izraelu, tak jak sama wojna, to nie ogród pachnących róż. Ale takie jest właśnie życie, czyż nie? Wojsko to realistyczna symulacja zagrożenia, więc uczy się młodzież, jak ma się bronić w razie wojny i jak jej nienawidzić.

Etgar Keret powiedział, że wielbi pana jako powieściopisarza, ale przemawia pan tylko do jednego obozu politycznego w Izraelu, więc nie ma szansy trafić do ludzi o innych przekonaniach.
Keret ma rację. Ja nie udaję superautorytetu, który mógłby przekonać wszystkich Izraelczyków. Nie ma na ziemi takiego człowieka, który mógłby przekonać całą resztę do swoich pomysłów. Nie da się przemawiać w imieniu społeczeństwa tak podzielonego i różnorodnego. Jako polityczny aktywista piszę eseje, bo mam nadzieję na poprawę stosunków między Żydami a Palestyńczykami. Jako prozaik piszę dla moich czytelników, a także dla tych, którym zależy na zażegnaniu konfliktu. Nie piszę jedynie dla ludzi, którzy nie lubią mojej prozy. To proste.

Pański bohater politykuje, nawet zasypiając. A pan potrafi sobie wyobrazić siebie jako pisarza apolitycznego?
Gdyby konflikt na Bliskim Wschodzie wygasł, uważałbym się za szczęśliwego byłego aktywistę pokojowego. "Były pacyfista" - to wymarzony tytuł książki, którą chciałbym zakończyć w sędziwym wieku karierę pisarską. Zresztą rozważałem zupełnie na serio napisanie powieści, która byłaby summą moich doświadczeń życiowych w Izraelu, historią tworzenia się i osadzania demokratycznego państwa żydowskiego.

Pański dziadek pochodził z Równego, niegdyś należącego do Polski. Henryk Grynberg, który uciekł z komunistycznej Polski do USA, ale był także w Izraelu, pisał, że tamtejsi emigranci, którzy przeżyli Holocaust, nie wspominają o Polsce w ogóle, tak jakby nie mieli przeszłości. Czy to doświadczenie jest znane panu lub pańskim przyjaciołom o europejskich korzeniach?
Cóż, moi przodkowie wyjechali z Europy w 1934 roku, czyli jeszcze przed prześladowaniami. Może dlatego mój dziadek i babka wspominali często Polskę. Długo i z sentymentem, choć w ich opowieściach nie brakowało prywatnych mrocznych historii. Ale przeważała tęsknota i wspomnienia o miastach, stylu życia i ludziach, których już nie ma i nigdy nie będzie. Moja rodzina nie uchylała się od odpowiedzi na pytania o przedwojenną Europę, tak inną od dzisiejszego świata. Fragmenty tej Europy pozostały mi w głowie, np. opowieści babki o Warszawie, która - choć niezbyt atrakcyjna - była na swój magiczny sposób piękna. Jeśli poczyta się współczesną literaturę żydowską, książki pisane po hebrajsku, jasne staje się, że Polska odgrywa ogromną rolę w nowoczesnej prozie z Izraela. Wielu poetów i pisarzy poprzedniego pokolenia, którzy wyemigrowali z Polski, pisało o niej tak, jakby nigdy jej nie opuścili.

W "Fimie", podobnie jak w "Śniegu" Orhana Pamuka, miasto spowija martwota, mrok, śnieg, deszcz. Czy to alegoria konfliktu czy wyraz pana osobistego stosunku do Jerozolimy i jej brzydoty?
To wyraz mojego stosunku do Fimy. To syn śniegu, mroczny człowiek, którego duszę otacza chmura ze śniegu i chłodu. Zima pasuje do Fimy, odzwierciedla jego melancholię i samotność. Historia o człowieku zimy musiała dziać się w mieście spowitym w śniegu, deszczu i ciemności. To zaledwie jeden zimowy tydzień w Jerozolimie, a tak wiele przecież zmienia w życiu Fimy...

Odczytałam tę książkę jako opowieść o narodowym eskapizmie i niezrozumieniu jednostki. A zarazem jako wielką pochwałę miłości, powieść o jej poszukiwaniu i dojrzewaniu do niej - to nasza jedyna broń przeciwko polityce, zawirowaniom historii i nietolerancji.
Dziękuję za te piękne słowa. Dodałbym, że "Fima" to powieść o intelektualiście i dobrym człowieku, który nie potrafi zdziałać nic dobrego. To ktoś, kto ma dobre intencje, ale nie umie przekuć ich w działania. Jest pełen winy: pracuje w klinice ginekologicznej i obwinia się zarówno za cierpienie kobiet pacjentek spowodowane przez mężczyzn, jak i za sytuację polityczną w kraju. Nie może się spełnić jako mężczyzna, jako mąż, ojciec... Biedny Fima krąży po Jerozolimie, fantazjuje i jest przepełniony miłosierdziem dla ludzi i miłością do każdej napotkanej kobiety. Chce je kochać, ale nie potrafi być wierny. Chce zmieniać kraj, ale nie jest politykiem.

Pointą tej książki jest chyba "triada ojcowska": moment, w którym Fima uświadamia sobie, że kocha synka swojej byłej żony tak jak własne dziecko, którego nigdy nie miał. Niedługo potem umiera jego ojciec i Fima już wie, że dorósł do uczucia za późno.
Tak. Fima staje się ojcem w chwili, gdy sam traci rodzica. Wie także, że będzie musiał stawić czoła rzeczywistości i zacząć od tej pory podejmować decyzje jak ojciec, a nie mały chłopiec. Mam nadzieję, że mu się udało.