Horror filmowy natomiast przeżywa renesans. Kolejne części "Piły" sprzedają się tym lepiej, im bardziej są bezsensowne, doczekały się już własnych klonów i parodii. Parę lat temu Azjaci z sukcesem ożywili klasyczną opowieść o duchach, wyprowadzając upiory z nawiedzonych domów do komputerów i telefonów komórkowych. Nieoczekiwanie moda na grozę zaowocowała też oryginalnością. Poza systemem wielkich studiów powstały małe arcydzieła odświeżające zgasłą ponoć formułę gatunku - amerykańskie "May", francuska "Kalwaria", australijski "Wolf Creek".

O ile kinowa moda promuje wyciąganie lęków ze zdobyczy najnowszej technologii, pisarze kluczowego dla horroru języka angielskiego tkwią w przyjemnym świecie pełnym duchów jeszcze z lat 70. Ich próby odświeżania konwencji nie wypadają przekonująco. Przykład? W "Komórce" Stephena Kinga przez telefony płynie impuls zmieniający ludzi w potwory, ale sam aparat ma tu charakter czysto przypadkowy. Impuls mógł uderzyć przez radio czy telewizję.

Dziennikarz ukrwiony banałem
Znamienne, że tegoroczną nagrodę Brama Stokera (najwyższe wyróżnienie dla literackiego horroru) otrzymało "Demoniczne przymierze" Johna Eversona, powieść o intrygującej początkowo akcji, która potem niestety rozpływa się w banalności. Opisując historię wzgórza samobójców, na którym zamieszkuje demon, autor wręcz wychodzi ze skóry, żeby nie powiedzieć nic o współczesności. Jego góra i Zło, co w niej siedzi są archaiczne, a dziennikarz który prowadzi śledztwo, zbudowany ze stereotypów i ukrwiony banałem. Akcja grzęźnie na mieliznach oczywistości i trudno uwierzyć, że autor popełnił swoją książkę całkowicie na serio. Tematycznie i literacko "Demoniczne przymierze" nie wyszło, trudno. Kłopot w tym, że przy kosmetycznych zmianach akcja mogłaby się dziać w latach 60. XX wieku, w średniowieczu lub w galaktyce Kraba.

O ile Everson lekceważy formułę grozy, to Sean Stewart w "Kręgu doskonałym" używa jej z premedytacją. To przykład powieści obyczajowej rozgrywającej się w świecie horroru. Pamiętacie jeszcze filmowy "Szósty zmysł", opowieść o chłopcu, który widywał zmarłych i średnio sobie z tym radził? Przecież ten dzieciak kiedyś skończy szkołę, dorośnie, będzie umawiał się z dziewczynami, pójdzie do roboty, założy rodzinę, może będzie pił, a może nie. Z pewnością jednak nie przestanie widywać duchów, tak jak Will, bohater powieści. Ten staje na uszach, żeby normalnie żyć, to próbuje swój dar odepchnąć, to znów czyni go źródłem dochodu. Sedno fabuły stanowi walka o zachowanie pozorów normalności, ocalenie choćby poprawnych relacji z bliskimi. Stewart odrzuca właściwą horrorowi nadnaturalność jako element ogniskujący fabułę. Zjawy pojawiają się kolejno, w luźnym związku, brakuje intrygi, która je łączy, wiodącą rolę pełni zaś wątek obyczajowy.
Gdyby Will był szalony, mielibyśmy opowieść o schizofreniku, duchy jednak są realne jak słońce albo kredyt mieszkaniowy i o ile sam pomysł na książkę oraz jego wykonanie budzi szacunek, o tyle wątek grozy nie wydaje się lepszy niż u Eversona. Upiory wyrwane z wczesnych powieści Kinga pełnią rolę służebną wobec założeń fabularnych, być może więc ich stereotypowość wynika nie z nieudolnoci czy przypadku, lecz z zamysłu.

Literatura wierzy tylko w siebie
Scott Smith z kolei konsekwentnie realizuje pomysł "horroru na serio". Jego "Ruiny" powstały po dekadzie pisarskiego milczenia i olśniewają precyzją wykonania. Amerykanin nie próbuje rozbić konwencji czy wprowadzić doń nowych elementów. W odróżnieniu od operującego stereotypem Eversona, pozostaje śmiertelnie poważny. Streszczenie powieści wypada banalnie: młodzi ludzie wyruszają w opuszczone miejsce, gdzie odcięci od świata przez uzbrojonych Indian toczą nierówną walkę z inteligentną formą roślinności. Zdaje się głupie, ale nie jest, a to za sprawą sugestywnej atmosfery osaczenia i pełnego wykorzystania konwencji. Winorośl wywraca znaki ostrzegawcze, wrasta w ludzką tkankę, wije się pod skórą. Roślina małpuje też dźwięki, w tym ludzką mowę, mami i szepcze – scena, w której bohaterowie tkwią w ciemności, osaczeni przez własne powtórzone głosy, należy do najlepszych w gatunku. Do tego dochodzi oszczędny język i psychologiczny realizm. Umowność, konwencjonalność - pomimo zachowania zasad gatunkowych - zostaje przełamana, a horror w wykonaniu autora "Prostego planu" staje się czymś więcej niż krwawą rozrywką.

Smith nie mówi jednak nic o lękach związanych ze zmianami społecznymi czy technologicznymi. Cała sceneria i czas akcji też są przypadkowe, możliwe do zmiany. Wobec kina osadzonego w konkrecie, grającego na nowinkach technicznych i gadżetach, literatura wydaje się archaiczna. Być może pisarze są bardziej wycofani z codzienności niż filmowcy (taki King wprost przyznaje się do nieposiadania telefonu komórkowego), ale chyba prawda leży gdzie indziej. Literatura dysponując mniejszymi możliwościami technicznymi niż sztuki wizualne, ma dla odmiany większą wiarę we własną żywotność, ostatecznie stoi za nią kilka tysięcy lat historii, a za kinem raptem setka. Nie bez znaczenia pozostaje przyczyna całkiem już prozaiczna - film o nawiedzonym telefonie współfinansuje zapewne Sony albo Nokia w ramach tzw. product placement. Ów miły zwyczaj jeszcze do książek nie zawitał.


Demoniczne Przymierze
John Everson, przeł. Cezary Frąc, Red Horse 2007

Krąg doskonały
Sean Stewart, przeł. Andrzej Sawicki, Red Horse 2007

Ruiny
Scott Smith, przeł. Danuta Górska, Albatros 2007