Keret to prawdziwy mistrz krótkiej formy. Kilkoma celnymi zdaniami potrafi rozśmieszyć, ale i obrazić. Za dwa dni przyjeżdża do Polski, by promować swoją książkę "Rury" [debiut, który ukazuje się u nas z opóźnieniem] a także film "Meduzy", który nakręcił ze swoją żoną Shirą Geffen.

MAKSYMILIAN FUZOWSKI: Kpi pan z izraelskiej rzeczywistości na całego. Prowokuje bez umiaru. Od zawsze. Od swojego debiutu "Rury", który właśnie ukazuje się w Polsce. W jednym z opowiadań portretuje pan agenta Mosadu, który o zdradę zaczyna podejrzewać nawet samego siebie. Nienawidzi pan swojego kraju? Boi się pan ludzi? Czy też kpiną i śmiechem chce pan zupełnie na poważnie opisać świat?
ETGAR KERET: Jako dziecko byłem wyjątkowo niskim chudzielcem. Z tego powodu musiałem się szybko nauczyć, że jeśli chce się kogoś lub coś krytykować i nie zebrać za to okrutnych cięgów, to należy sprawić by ci, których się krytykuje, zaczęli się śmiać. Najlepiej wszystko obrócić w żart, przemycić krytycyzm pod słodkim płaszczykiem dowcipu i uśmiechu.

Przeciwnicy zarzucają panu szyderstwo z narodowych świętości. Ale chociaż za taką postawę dostawał pan cięgi, nigdy jednak nie zrezygnował ze swojego stylu. Wydaje się też, że nigdy też nie przekroczył pan tej delikatnej granicy...
...jest dokładnie tak jak pan mówi. Najważniejsze dla mnie jest to, by wprawić czytelnika w zakłopotanie, ale w taki sposób, żeby nie poczuł się równocześnie urażony. Kiedy pisarz jest agresywny i nazbyt krytykancki, ludzie skłonni są raczej do obrony i polemiki, niż do tego, żeby go wysłuchać. Jeśli jednak uda się choćby tylko odrobinę ich zawstydzić, zachowując przy tym umiar, wtedy łatwiej jest pewne rzeczy wyjaśnić i sprawić, by czytelnicy zaakceptowali trochę inny tok myślenia i inne rozwiązania niż te, do których są przyzwyczajeni.

W pana opowieściach jest bardzo dużo przemocy.
Gdybym mieszkał poza Izraelem, moje teksty najprawdopodobniej byłyby pozbawione sporej ilości agresji i paranoicznego klimatu. Zapewne byłyby również zdecydowanie mniej zabawne, ponieważ uważam, że poczucie humoru jest ściśle związane z doświadczeniem strachu oraz przerażenia.

A wyobraża pan sobie, że jako pisarz mógłby funkcjonować bez polityki? W pańskiej prozie odgrywa ona dominującą rolę.
W pisarstwie nie istnieją zdecydowane różnice między podejmowaniem kwestii politycznych i jakichkolwiek innych spraw związanych ze społeczną sferą funkcjonowania człowieka. Polityka utkana jest na bazie najbardziej podstawowych, pierwotnych ludzkich emocji. Każdy system polityczny gra na strachu, nienawiści, empatii, żądzy i chciwości. W tym sensie niemal każda historia opowiedziana przez pisarza jest na swój sposób polityczna, nawet jeśli nie niesie ze sobą żadnego stricte politycznego przesłania.

W opowiadaniu "Syrena", pochodzącym z debiutanckiego zbioru, pisze pan o młodych ludziach, dla których historia jest tylko sloganem. Oddają hołd poległym w obozach, ale tylko dlatego, że tak wypada. Chce pan edukować?
Jak najbardziej. Chciałbym bardzo umieć wpływać na młodych. Chciałbym, by ich stosunek i postawy względem przeszłości naszego narodu nie ograniczały się wyłącznie do uczestnictwa w pustych, bezsensownych ceremoniach. One nic nie znaczą bez rzeczywistego zaangażowania i dostrzeżenia tego, że przeszłość może wytłumaczyć im wiele i nauczyć ich rozumienia tego, co dzieje się dziś i może zdarzyć się w przyszłości. Przeszłość jest przecież łącznikiem z teraźniejszością i przyszłością.

Ten tekst wywołał w swoim czasie wiele dyskusji i sporów.
Nawet gdy opowiadanie "Syrena" weszło do kanonu lektur w liceach ogólnokształcących, wielu nauczycieli odmawiało omawiania go na lekcjach. Uważali, że jest to wysoce niewychowawczy tekst, ponieważ główny bohater nie został w opowiadaniu ukarany za to, że nie zatrzymał się na dźwięk syren upamiętniających Shoah.

Dziwi mnie takie podejście, bo pan przecież często pokazuje obie strony medalu. Weźmy chociażby opowiadanie "Nie-ludzie" z tego samego tomu...
W tym opowiadaniu spróbowałem zmierzyć się z niebezpieczeństwem, które tkwi w języku i metaforze. Kiedy nazwie się grupę ludzi "nie-ludźmi", jak niektórzy faszyści robią w Izraelu, to można to traktować jako początek końca. Końca rozumu, rozsądku, człowieczeństwa i końca życia w normalności.

Pokazuje pan wszystkie aspekty życia w Izraelu i konfliktu z Palestyną, ale trudno chyba zachować obiektywizm, gdy z jednej strony pragnie się pokoju, a z drugiej widzi ile szkody wyrządzili zarówno palestyńscy zamachowcy, jak i izraelscy fanatycy religijni.
Nigdy nie mówiłem, że jestem obiektywny, i nigdy tego nie powiem. Nie można być obiektywnym, żyjąc od lat w samym centrum koszmaru i przemocy. Ale w żaden sposób nie przeszkadza mi to odczuwać empatii w stosunku do przeciwnika i zarazem krytykować tych, którzy są po mojej stronie. To właśnie ten mój brak obiektywizmu sprawia, że pragnę końca całego konfliktu, jak niczego innego. To, najprościej mówiąc, kwestia mojego daleko posuniętego egocentryzmu - marzenie o tym, by nie musieć zabijać i nie ryzykować własnego życia bez wyraźnej potrzeby.

Nie staje pan po żadnej ze stron konfliktu. Nie generalizuje pan, nie dzieli ludzi, choć z jednego obozu nieustannie sypie się na pana krytyka.
To, niestety, nie jest łatwe, ale myślę sobie, że to jedyna słuszna droga do tego, by zachować rozsądek i zdrowie psychiczne oraz pozbyć się tendencji do odczłowieczania tych, którzy się z tobą nie zgadzają.

Ale to najczęściej pańscy rodacy najbardziej pana krytykują.
Oczywiście są tacy, którzy nie są w stanie znieść tego, co piszę, szczególnie przedstawiciele fundamentalnej religijnej prawicy. I to z ich strony głównie słyszę krytykę. Ale oni nie byliby w stanie mnie ścierpieć niezależnie od wszystkiego, nawet gdybym nie był pisarzem i nie podejmował tematów, które podejmuję. Jednak - choć może to wydać się dziwne - zdecydowana większość ludzi zdaje się być szczerze zadowolona, gdy pokazuje im się rzeczywistość, w której żyją, z zupełnie innej - nawet bolesnej - perspektywy.

Kilka lat temu stwierdził pan jednak, że wielu ludzi uważa, iż pańskie pisarstwo nie jest niczym innym, jak zwykłym sabotażem.
Są ludzie, którzy nadal tak myślą. To osoby, którym bardzo zależy na tym, by pewne tabu, pewne symbole pozostały nietknięte i nienaruszone. To prawda, zdarza się, że celowo ich prowokuję. Nie jest to jednak nigdy prowokacja pozbawiona przemyślanych i - co ważne - czystych intencji.

Czy ataki ze strony pańskich rodaków nie sprawiły, że myślał pan o emigracji?
Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie, ale nigdy nie zdawało mi się to naprawdę realnym rozwiązaniem. Jako pisarz żyję moim językiem, wewnątrz niego i dzięki niemu. Hebrajski jest według mnie najpiękniejszym językiem świata. Wiem, znów jestem nieobiektywny, ale tak już jest. Ucieczka od tego języka byłaby dla mnie równoznaczna z koniecznością życia na wygnaniu. A mimo krytycyzmu, który demonstruję względem mojego kraju, wiem, że to właśnie jest mój jedyny dom. A jeśli w domu są problemy, to powinno się je za wszelką cenę rozwiązywać, a nie od nich uciekać.

Izraelski historyk Szlomo Avineri stwierdził, że problemy waszego kraju wynikają z tego, że elity rządzące uczyły się polityki w Polsce. Mówił, że Izrael jest kopią polskiego bałaganu. Zgadza się pan z taką tezą?
Niestety nie wiem na tyle dużo na temat polskiego bałaganu politycznego, żeby wydawać o nim uczone opinie. Mam jednak nadzieję, ze względu na wasze dobro, że ten bałagan nie jest większy niż u nas.

Na Warszawskim Festiwalu Filmowym będzie można zobaczyć wyreżyserowany przez pana film "Meduzy" uhonorowany na tegorocznym festiwalu w Cannes nagrodą Camera d’Or. Jak odebrano go w Izraelu?
Był odebrany naprawdę bardzo dobrze. Ale to film bardzo surrealistyczny, fantastyczny, niesamowity i przy tym kompletnie oderwany od izraelskiej tradycji filmowej. A ta, jak wiadomo, hołduje hiperrealizmowi. „Meduzy” nie podzieliły losu mojej twórczości literackiej i nie wzbudziły żadnych kontrowersji. Uniknęliśmy tego, ponieważ stroni on od tradycyjnych dla mojego pisarstwa drażliwych odniesień. Muszę przyznać, że nakręcenie tego filmu było bardzo dobrym posunięciem. To było bardzo oryginalne i odświeżające doświadczenie. Także dlatego, że po raz pierwszy zrobiłem coś, za co mnie nie atakowano, nie krytykowano (śmiech).

Czy dlatego zdecydował się pan na nakręcenie kolejnego filmu? Reżyseruje pan teraz animowany film "$9.99".
Ta pełnometrażowa komedia animowana dla dorosłych. Tym razem jednak fabułę postanowiłem oprzeć na własnej twórczości pisarskiej. Podstawą scenariusza stało się zawarte w zbiorze "Rury" opowiadanie "Za jedynie 19,99 szekli" oraz - w mniejszym stopniu - pięć innych moich tekstów. Będzie to film o mężczyźnie, który zamawia z katalogu wysyłkowego produkt o nazwie "sens życia" i popada w problemy, gdy przekonuje się, że mimo tego zakupu nikt się nim nie interesuje. Scenariusz napisałem wraz z reżyser Tatią Rosenthal. Głosu w dubbingu głównej postaci użyczy zdobywca Oscara, wspaniały Geoffrey Rush.

Mówił pan, że Etgar Keret - reżyser jest odbierany dużo lepiej niż Keret - pisarz. Nie myślał pan więc, żeby na dobre porzucić literaturę na rzecz kina?
Pisanie zawsze było i będzie moją pierwszą, najsilniejszą i najbardziej trwałą miłością. Od czasu do czasu chętnie jakiś film nakręcę, ale w pełni odnajduję się jedynie w pisaniu. To po prostu coś, co kocham najbardziej.