W cały skomplikowany światopogląd Piotra Kiena, głównego bohatera "Auto da fe", najpełniej wprowadza właściwie jedno zdanie, które pojawia się już w początkowej scenie powieści. "Żeby zbliżyć się do prawdy, trzeba oddalić się od ludzi" - myśli ten wybitny sinolog i specjalista od języków orientalnych, nagabywany przez małego chłopca pragnącego odwiedzić jego legendarną domową bibliotekę.

Pochodząca z 1935 roku powieść Eliasa Canettiego (nagrodzonego Noblem w 1981 r.) w dobitny sposób ukazuje konsekwencje tego rodzaju postawy. Konsekwencje, dodajmy, równie dramatyczne, jak groteskowe.
Choć przecież pierwsze czterdzieści lat życia Kiena, które poznajemy w dyskretnej i skromnej retrospekcji, na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie doskonale uporządkowanej, harmonijnej egzystencji.

Skądinąd, pierwotnie miał on nosić nazwisko Kant - jego biografia była bowiem podobnie urozmaicona jak biografia wielkiego filozofa znanego z zamiłowania do precyzyjnie zdefiniowanej, rytmicznej codzienności. Świat doktora Kiena, w momencie, w którym spotykamy go na kartach "Auto da fe", składa się dokładnie z tych samych elementów.

Struktura zewnętrznej rzeczywistości jest przejrzysta i nieruchoma - każdy dzień wygląda tak samo, nic nie zakłóca podniosłej atmosfery mądrości i kontemplacji. Tymczasem gdzieś u podstaw tego z pozoru idealnie sformatowanego żywota kryje się jakieś szaleństwo, jakieś niepokojące, ciemne zwichrowanie, które stopniowo pęcznieje i wzrasta. I tylko czeka na odpowiedni moment, żeby roztrzaskać w pył całą monumentalną konstrukcję mającą je przykryć czy raczej: mającą je ostatecznie zdusić.

Moment nadchodzi pod postacią kobiety - nieco prostolinijnej, a nieco prostackiej służącej, którą Piotr Kien zatrudnił, żeby sprawowała baczną opiekę nie tyle nad nim samym, ile nad jego wielkim i niebywale cennym księgozbiorem. To właśnie księgozbiór reprezentuje w powieści Canettiego ową "prawdę", do której dotrzeć można, wyłącznie odgradzając się od innych.

I jakkolwiek "prawda" - przynajmniej taka, którą idąc za tradycją zapoczątkowaną przez Platona, pojmuje się w swego rodzaju opozycji do konkretnej i namacalnej rzeczywistości zmysłowej - kojarzy się z czymś raczej wiecznym i raczej niezmiennym, to w wypadku Kiena jej poszukiwanie ma charakter wysoce hybrydalny. Bowiem swoje książki traktuje on bynajmniej nie tak, jak by to sugerowała ich rzekomo oderwana od człowieczych ułomności natura.

Temperatura emocjonalna, którą Kien osiąga w kontakcie ze słowem pisanym, dociera do stopni typowych dla wyjątkowo namiętnego związku erotycznego, nie zaś spokojnej atmosfery cechującej cichą, biblioteczną kontemplację. A kiedy wpadłszy na karkołomny pomysł poślubienia służącej, Kien odbywa deliryczną konwersację z Konfucjuszem, który jak z rękawa sypie swoimi złotymi, dobrze znanymi sentencjami - czytelnik nie ma już najmniejszych wątpliwości: uporządkowany świat Kiena to pozór, umiłowanie mądrości to pozór, harmonia niewidzialna zarządzająca jego życiem to pozór. Jedynie prawdziwie rzeczywiste jest szaleństwo.

W tym sensie ślub to zaledwie wyzwalacz - bo cokolwiek ekscentryczna i niezbyt rozgarnięta małżonka Piotra Kiena, wraz z którą wkraczają w jego wąski, starannie wypielęgnowany kosmos potężne siły chaosu, nie ponosi przecież żadnej realnej winy za opłakane następstwa tej niefortunnej decyzji. Spektakularny finał powieści, w którym Kien płonie na własnoręcznie podpalonym stosie złożonym z ukochanych woluminów, jest po prostu koniecznym, definitywnym ogniwem długiego łańcucha przyczyn i skutków, którego logika od samego początku była nieubłagana i nieodwracalna. Innymi słowy, Canetti chce powiedzieć: jeśli kochasz idee bardziej niż ludzi, one prędzej czy później zniszczą cię i pochłoną. Abstrakcja i doskonałość są to bowiem najgroźniejsze i najbardziej bezwzględne drapieżniki, jakie tylko można sobie wyobrazić.

Co więcej - te drapieżniki są wyjątkowo biegłe w wyrafinowanej sztuce uwodzenia. Mają w sobie hipnotyczny urok perfekcji, piękna i przewidywalności. Mamią obietnicą całkowitej transcendencji cierpień, niepewności, rozkładu, gmatwaniny, niejednoznaczności i zaciemnienia, którymi przepełniony jest świat, jaki na co dzień widzimy dookoła.

Zwalniają od konieczności emocjonalnego zaangażowania w związki z kobietami i mężczyznami - którzy w przeciwieństwie do idealnie wyszlifowanych i dookreślonych pojęć, naznaczeni bywają chropowatością kompleksów, a powierzchnia ich nigdy do końca niepoznawalnych osobowości roi się od załamań oraz ukrytych przepaści, w kontakcie z którymi bardzo łatwo o dotkliwe potłuczenia.

W jednej z najbardziej porażających scen "Auto da fe" Piotr Kien całkiem na serio zastanawia się, czy przypadkiem autorzy Ewangelii oraz jej tłumacze nie popełnili jakiegoś fatalnego błędu - jak to bowiem możliwe, myśli Kien, że Chrystus cierpiał za zbawienie ludzi? Oni są przecież - w porównaniu z książkami - tak nieprawdopodobnie wstrętni, że jakikolwiek Bóg, który okazałby im nawet minimalne zainteresowanie czy miłosierdzie, musiałby być co najmniej niespełna rozumu.

Problem jednak w tym, że - jak dobitnie pokazuje Elias Canetti - uwikłania nie sposób uniknąć. Im mocniej Kien stara się wznieść ponad odrażające w jego mniemaniu rumowisko codzienności, tym silniej coś na powrót przyciąga go do ziemi. Im bardziej próbuje zatopić się w aseptycznych, intelektualnych budowlach, tym jawniej ogarnia go destrukcyjne szaleństwo. Książki i pojęcia ujawniają swoją mroczną stronę, swoją zachłanną bezwzględność.

Ich atrakcyjne i fascynujące piękno okazuje się zimne i fatalne. A jednak Kien do samego końca kurczowo trzyma się tej złowieszczej opozycji, w myśl której na jednej szali powinniśmy ustawić zdeformowaną kondycję ludzką, na drugiej zaś wspaniale wymodelowaną abstrakcję oraz niezmienną, nienaruszalną przez czas i rozkład doskonałość.
Tymczasem już sama taka alternatywa to przemyślna pułapka, w którą, jak się okazuje, niezmiernie łatwo wpaść.

Pułapka, która izoluje nie tylko od zniuansowanej, nasyconej rozmaitymi odcieniami światła i ciemności przestrzeni naszego doświadczenia, ale również od elementarnej empatii, zarówno w odniesieniu do innych, jak i do siebie samego. Krótko mówiąc - pułapka, która czyni nas bezwzględnymi, wyzbytymi współczucia maszynami ślepo zapatrzonymi w misterną fatamorganę, która zamiast faktycznie zniwelować cierpienie, potęguje je do granic wytrzymałości, a potem pożera i unicestwia każdego, kto dał się zwieść jej demonicznym obietnicom. I nie chodzi przy tym rzecz jasna o żaden antyintelektualizm albo straszenie idealizmem.

Chodzi - jak przekonuje Canetti - o elementarne poczucie proporcji, uważność i świadomość, że prawdziwe spełnienie można osiągnąć tylko w miłości do innego człowieka, wraz ze wszystkimi jego nieusuwalnymi ograniczeniami i wadami. Nigdy zaś w miłości do pojęć. One bowiem nie kochają z wzajemnością.