Nad biografią Mao pracowaliście państwo 12 lat.
Jung Chang:
Po "Dzikich łabędziach" wydanych na początku lat 90. stale myślałam o nowej książce. Mao wydawał się najbardziej naturalnym tematem. Jego dotyczyło przecież tło "Dzikich łabędzi", czyli opowieści o moim życiu. Nie musiałam więc daleko szukać. Los znalazł tę historię dla mnie.
Jon Halliday: Mao to najważniejsza postać we współczesnej historii Chin, o której wciąż bardzo mało wiadomo. Po "Dzikich łabędziach" dostawaliśmy mnóstwo listów od czytelników z prośbą o wyjaśnienie kulis prezentowanych tam wydarzeń. Postanowiliśmy im odpowiedzieć.

"Mao", podobnie jak "Dzikie łabędzie", nie ukazał się w Chinach, przynajmniej w legalnym obiegu. Jak to się stało, że bez problemu mogła tam pani jeździć, skoro cel był jasny: szukanie haków na komunistycznego guru?
JC: Przed olimpiadą w Pekinie chiński rząd dba o dobrą prasę. Myślę, że to główny powód, dla którego nie miałam problemów przy wjeździe do kraju. Władze podejrzewały, że jeśli nie zostanę wpuszczona, będę o tym opowiadać w mediach na całym świecie. To nie znaczy, że było łatwo. Rząd wydał oficjalne oświadczenie, w którym radził osobom, z którymi mogłabym się kontaktować w celu zdobycia materiałów do książki, by uważali na słowa.

Ludzie chcieli mówić?
JC: Niektórzy bardzo chcieli, szczególnie ci w zaawansowanym wieku, mający 80-90 lat. Czując zbliżający się kres życia, chcieli wyrzucić z siebie nagromadzone przez lata emocje. Tak jakby czekali, by ktoś do nich przyszedł i zadał te niewygodne pytania. Dotychczasowe biografie Mao trzymały się ściśle partyjnej linii. Autorzy tych nieoficjalnych, publikowanych za granicą, często nie mieli na tyle szczęścia, by dotrzeć do właściwych rozmówców. Miałam nad nimi tę przewagę, że napisałam "Dzikie łabędzie" - to była moja emocjonalna przepustka. Na wiele osób podziałało jednak rządowe upomnienie i rzucali słuchawkami telefonów.

Co było najtrudniejsze przy pisaniu?
JH: Gromadzenie dokumentów. Na przykład w rosyjskich archiwach nie ma dostępu do katalogów, nie można przejrzeć publikacji z okresu pobytu Mao w rosyjskim konsulacie. Ludzie pracujący w archiwach to dawni wysoko postawieni radzieccy urzędnicy z właściwą tamtym czasom mentalnością. Wielu przyjaźniło się ze Stalinem i z Mao.
JC: W Chinach z docieraniem do tekstów źródłowych było jeszcze gorzej. Tam nie ma jak się dostać do archiwów, nie pomagają nawet partyjne koneksje. Chciałam na przykład zapoznać się z pismami Mao z lat 1920 - 1927. Partyjniacy stworzyli z nich opasły tom. Ale że zawartość była prawdziwie wybuchowa, zdecydowano, że wszystkie egzemplarze należy zniszczyć i zostawić tylko jeden na potrzeby centralnego archiwum. Nie liczyłam na to, że wejdę w jego posiadanie. Trafiłam jednak na człowieka, który był w partii oddelegowany do przygotowania tego tomu i zachował dla siebie jedną kopię - przewoziłam ją do Anglii między ubraniami, porozrywaną na chude książeczki bez okładek. Udało się.

Mao to dziś ikona popkultury?
JH: Istnieją wizerunki Mao, które są ikonami pop-artu, jak choćby portret autorstwa Andy’ego Warhola namalowany w 1972 roku, kiedy prezydent Nixon odwiedził Chiny i sam promował Mao jako równego gościa. Ale w kontekście, który ma pani na myśli, Mao jest dziś popkulturową błyskotką modną na Zachodzie. W Chinach nikt nie marzy o jego powrocie, nie spotkaem Chińczyka, który dawne czasy wspominałby z nostalgią. Podobnie jak w żadnym tamtejszym domu nie widziałem pamiątek po Przewodniczącym. Zegarki, koszulki czy kubki z jego wizerunkiem to zaledwie marketingowe gadżety dla turystów.

To dlaczego jego portret jest ciągle na Placu Tiananmen?
JC: Bo Chiny w dalszym ciągu są państwem komunistycznym.
JH: Myśli Mao pozostają wpisane do chińskiej konstytucji, zatem wypowiedzi stawiające go w niekorzystnym świetle mogą uprzykrzyć życie ich autorowi. Stąd rozmaite dziennikarskie absurdy, w rodzaju informacji, że Mao wprowadził Chiny do ONZ. Trudno o większą brednię, zważywszy na maoistyczny izolacjonizm trwający 20 lat! To niebezpieczne, bo podsyca nowy nacjonalizm.

Czy w czasie prac nad ksiażką sami odkryliście coś nowego o Mao Zedongu?
JC:
Siłę jego mitologii. Wiekszość ludzi myśli, że Mao przyłączył się do rewolucji jako idealista pragnący poprawić sytuację chłopów, sam zresztą był jednym z nich. Nic bardziej mylnego. On się w komunizm wkręcił jakby mimochodem, bo dostał pracę w księgarni sprzedającej komunistyczną literaturę. Podobnie wydawało mi się dotąd, że wielki głód, z którym Chiny walczyły w latach 1958 - 61, był wynikiem słabych ekonomicznych kompetencji Mao. Bardzo się zdziwiłam, że tak naprawdę chodziło o eksport produktów żywnościowych do Rosji w zamian za broń - przywódca pragnął z Chin uczynić militarną potęgę.

Mao nigdy nie brał kąpieli. Trafiliście państwo na inne spektakularne sekrety z jego życia osobistego? W książce jest nawet wywiad z jego praczką!
JC:
Tak, spotkaliśmy ją w jego rodzinnej miejscowości, w hoteliku, który urządzono w jednej z pięćdziesięciu chińskich willi Mao. Dziś była praczka prowadzi ten przybytek i z dumą opowiadała o swoim poprzednim zajęciu. Nie wiedziała, kim jesteśmy, ani tym bardziej że piszemy o Mao książkę. Po prostu sądziła, że historyjki o tym, jak prała wodzowi slipki, ubarwią zagranicznym turystom pobyt (śmiech).
JH: Mao był całe życie małym chłopcem, takim Piotrusiem Panem. Nie chciał myć zębów ani włosów. Sypiał całymi dniami, w nocy czytał, też w łóżku. Był uzależniony od pigułek nasennych, a gdy się budził, potrzebował tylko jedzenia i seksu. Wokół łóżka miał zawsze ustawione krzesła, bo nierzadko w środku nocy miał kaprys zwołania partyjnego zebrania. Wszystko musiało być przygotowane.
JC: Gdy odbywaliśmy podróż sladami Mao, postanowiliśmy też spróbować wszystkich przysmaków, które lubił, a był prawdziwym koneserem kuchni.
JH: Mao jadał wyjątkowo śmierdzące tofu, przy którym durian i ser pleśniowy mają aromat róży (śmiech). Druga rzecz, która okazała się wyjątkowo pyszna, to jego ulubione opiekane skwarki - nigdy bym nie podejrzewał, że można rozsmakować się w wieprzowym tłuszczu.