Siedem lat, 13 tomów i przeszło 55 milionów sprzedanych egzemplarzy - tak najkrócej można podsumować sukces, który osiągnęła "Seria niefortunnych zdarzeń". Nawet w Polsce, gdzie powieści nie zostały przyjęte równie dobrze, co w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych, sprzedano do tej pory niemal 350 tysięcy książek sygnowanych nazwiskiem Lemony Snicketa. Aż trudno uwierzyć, że ukrywający się pod tym pseudonimem Daniel Handler, autor dwóch niezbyt popularnych powieści dla dorosłych, długo wahał się, czy zasiąść do pisania.

W Polsce niedawno ukazał się "Koniec końców". Jak sugeruje tytuł - ostatnia część "Serii niefortunnych zdarzeń". Powracają dotychczasowi bohaterowie serii, sieroty Baudelaire: najstarsza, 15-letnia Wioletka, dwa lata młodszy i niezwykle inteligentny Klaus oraz Słoneczko - berbeć, który uczy się mówić. Oczywiście znów pojawia się czołowy szwarccharakter, podły krewniak, zły Hrabia Olaf. Porwane przez niego dzieci przeżywają potworny sztorm, po czym lądują na tajemniczej wyspie. Muszą chronić się przed niecnym spiskiem oraz śmiertelnym Meduzoidalnym Mycelium. Przy okazji odkrywają prawdę o śmierci własnych rodziców. "Koniec końców" rozwija więc naturalnie wcześniejsze wątki, wciąga jak zawsze i przede wszystkim - co charakterystyczne dla całej serii - budzi strach i przerażenie. Rzecz jasna trudno będzie czytać go w oderwaniu od poprzednich tomów.

Tak jak i cała "Seria niefortunnych zdarzeń", "Koniec końców" został oparty na zasadzie łamania konwencji opowieści dla dzieci. Najpierw jest źle, a potem jeszcze gorzej, próżno szukać tu happy endów. Cała historia rozpoczyna się w "Przykrym początku", gdy rodzice Baudelairów giną tragicznie w pożarze własnego domu. Maluchy muszą sobie od tego momentu radzić same. Trafiają wprawdzie do prawnego opiekuna, okazuje się nim jednak niebywały łajdak Hrabia Olaf, który tylko czyha, by przejąć majątek zapisany dzieciom w spadku. Trudno wyobrazić sobie bardziej dramatyczny i anty-bajkowy scenariusz. Jakby tego było mało, narrator książki - Lemony Snicket - to mało sympatyczny, opryskliwy, ponury i tryskający czarnym humorem typ. Gdzie więc tkwi sekret stworzonej przez Daniela Handlera historii? Otóż właśnie we wszystkich wymienionych okropnościach. "Seria niefortunnych zdarzeń" to dobrze obmyślona gra z małym czytelnikiem. Umożliwia mu wejście w poważny świat, w świat dorosłych, pozwalając pozostać przy tym dzieckiem. Bohaterów spotykają prawdziwe, życiowe problemy, lecz mimo to opowieść nie została pozbawiona baśniowej, nierealistycznej otoczki.

Lemony Snicket nigdy nie przychodzi na spotkania ze swoimi fanami. Dzieciom towarzyszy niemałe rozczarowanie, gdy zamiast niego pojawia się grubawy pan po trzydziestce o imieniu Daniel. Wszystko się jednak zmienia, a na ustach dzieci pojawia się uśmiech, gdy Daniel Handler wyciąga pudełko z czarnym robaczkiem, tłumacząc, że on właśnie jest sprawcą absencji Lemony Snicketa. Miał go ugryźć podczas pikniku, który odbywał się dzień wcześniej. Opowiada to z wielką powagą, próbując oddać całą grozę zdarzenia. Dzieci zaczynają się śmiać. Podobny mechanizm działa w przypadku książek. Snicket-Handler straszy tak, aby młody czytelnik nie tylko się przeraził, ale i po czasie roześmiał. Jest przewrotny, co znakomicie oddają słowa listu dołączonego do „Końca końców”: "Na twoim miejscu rzuciłbym tę książkę gdzieś w kąt, żeby KONIEC KOŃCÓW nie wykończył ciebie". Bez obaw, nie wykończy - jedynie rozczaruje. Nie dlatego, że jest słaby, gorszy niż poprzednie części, ale dlatego, że to już niestety (na szczęście?) koniec.

Koniec końców. Seria niefortunnych zdarzeń, tom 13

Lemony Snicket, przeł. Jolanta Kozak, Egmont 2007