Biografie rządzą się swoimi prawami - przede wszystkim zaś pokładają wiarę w przekonaniu, że bieg dziejów świata w dużej mierze zależy od jednostek wybitnych. W konsekwencji nie warto poświęcać czasu i miejsca byle komu. Natomiast informacja o tym, że literacki geniusz cierpiał na bolesne zaparcia, może mieć kluczowe znaczenie dla objaśniania wiodących motywów jego twórczości.

Owszem, kpię sobie, ale zawsze zastanawiało mnie kryterium, na podstawie którego biografiści i czytelnicy uznają, że jeden człowiek godzien jest drobiazgowej opowieści o własnym życiu, inny zaś musi zniknąć w zapomnieniu.

Póki jednak mormoni na Sądzie Ostatecznym nie otworzą przepastnych archiwów, w których gromadzą dane biograficzne o wszystkich ludziach, jacy kiedykolwiek zostawili na Ziemi ślad swego istnienia (mormoni wierzą bowiem, że zbawienie można załatwić zaocznie), pozostaje nam liczyć na takie książki jak „Stuart. Życie od tyłu”. Od lat czekałem na prawdziwą antybiografię. I oto jest.

Pamiętacie państwo słynny Hitchcockowski trik? Kamera towarzyszy ludziom, których uważamy za głównych bohaterów opowieści, lecz nagle odjeżdża w bok, by podążyć za przypadkowym przechodniem – i tu rozpoczyna się właściwa historia, najczęściej niesamowita. Anglik Alexander Masters, debiutant (w co trudno uwierzyć, czytając „Stuarta...”), umyślnie złamał wszelkie niepisane zasady pisarstwa biograficznego: bohaterem uczynił niemal anonimowego degenerata z wyrokami, narrację prowadzi od końca, wtrąca ironiczne komentarze, a przecież powinien być bezstronnym kronikarzem. Ale - jak się okazuje - właśnie te bezczelne chwyty nadają książce niepowtarzalną siłę. Choć, z drugiej strony, nie byłoby "Życia od tyłu” bez samego Stuarta Shortera, jednego z najciekawszych facetów, jakiego przyjdzie wam poznać dzięki literaturze.

Stuart - bezdomny alkoholik, narkoman, złodziej i nieprzewidywalny furiat - wkroczył w życie Mastersa, gdy ten jako pracował w ośrodku pomocy społecznej w Cambridge. Tak, tak, w uniwersyteckim, elitarnym Cambridge też są pijacy i menele, jak wszędzie. Po zawarciu nieco bliższej znajomości okazało się, że ów krzywonogi, podejrzany, zniszczony nałogami typek, to człowiek o zaskakujących cechach charakteru: czuły, wrażliwy, spostrzegawczy. Masters postanowił zrelacjonować historię jego życia. Z początku chodziło chyba o ustalenie, skąd biorą się ludzie tacy jak Stuart - bezdomni z wyboru, buntownicy bez powodu, skrajnie nieprzystosowani. Im głębiej jednak autor wchodzi w biografię swojego bohatera, tym jaśniej widać, że opowiada o przyjacielu, a może raczej o tym, co zostało z przyjaciela po starciu z bezwzględnym światem.

"Życie od tyłu” przeistacza się z komedii w dramat, z ironicznej dykteryjki w brutalną i liryczną jednocześnie narrację o człowieku zmarnowanym i straconym. W jakiejś mierze, choć to dalekie porównanie, przypomina trochę "Czułego barbarzyńcę” Hrabala, przy wszystkich różnicach w sposobie pisania i postrzegania rzeczywistości.

Gdy w hollywoodzkim filmie dowiadujemy się, że za wszystkie niepowodzenia bohatera odpowiedzialna jest trauma z dzieciństwa, wzruszamy obojętnie ramionami, kpiąc z nieudolności scenarzysty. Ale Masters nie jest hollywoodzkim wyrobnikiem - przekopał się przez życie Stuarta Shortera, znalazł tam przerażającą masę nieszczęść i sprawił, trudno powiedzieć, w jaki sposób, że pod koniec książki czujemy, jakbyśmy stracili najlepszego kumpla. Dzięki "Życiu od tyłu”, antybiograficznej biografii, zostanie zapamiętany - to i tak sporo.

Stuart. Życie od tyłu

Alexander Masters, przeł. Lidia Mierzwa-Argyropoulos, Twój Styl 2007