Marek Krajewski wielokrotnie wspominał w wywiadach o pokusie pisarskiego wyrwania się ze scenerii przedwojennego Wrocławia. Mariusz Czubaj - krytyk literacki i znawca kryminału – zapewne marzył, aby kiedyś kryminał napisać. "Aleja samobójców" prawdopodobnie jest więc formą spełnienia marzeń obu autorów. Czy spełnia także marzenia czytelnika?

Do pewnego stopnia tak. Powieść czyta się dobrze. I widać, że jej autorzy, przynajmniej teoretycznie, wiedzą jak powieść kryminalną należy napisać. Krajewski i Czubaj posłużyli się starymi, sprawdzonymi przepisami na czarny kryminał. Już sama postać głównego bohatera jest hybrydą cech postaci z innych książek tego gatunku.

Komisarz Patr to dla czytelników w zasadzie stary znajomy: zmęczony życiem dojrzały mężczyzna, porzucony przez żonę, żyjący w zapuszczonym mieszkaniu. W przeciwieństwie do wrocławskiego nadkomisarza Mocka pije umiarkowanie, ale podobnie jak tamten jest z zawodu filologiem. Jest także miłośnikiem hazardu, jazzu oraz starego rocka z lat 60. i 70. Cechuje go wyjątkowe poczucie sprawiedliwości oraz dążenie do prawdy za wszelką cenę, co powoduje częste konflikty z przełożonymi.

Umiarkowany znawca kryminałów bez trudu znajdzie w "Alei samobójców" kilka innych klasycznych rozwiązań. Mamy sporą dawkę okrucieństwa, działanie na granicy prawa i zagadkową grę policji politycznej, czyli umiłowanej przez autorów polskiej sensacji ABW. Nie brak też rozwiązań charakterystycznych dla pisarstwa Marka Krajewskiego. W powieści pojawiają się sekty i ich tajemne, okrutne obrzędy, chociaż w ich opisach tym razem widać chyba rękę Mariusza Czubaja, z zawodu antropologa kultury.

Gdyby "Aleję samobójców" czytać jako pastisz czarnego kryminału, autorom w zasadzie nie dałoby się postawić żadnego poważnego zarzutu. No może poza niechlujstwem wynikającym z ewidentnego pośpiechu, w jakim książkę pisali. Jego oznak w powieści nie brakuje. Ot, choćby taka drobna wpadka: na początku powieści bohater jeździ oplem astrą, a już kilka rozdziałów dalej stara toyotą, chociaż od kiedy go znamy nie zmieniał samochodu.

To jednak można autorom wybaczyć. Gorzej podczas lektury będzie czuł się czytelnik spragniony zawiłej intrygi i mocnych wrażeń. Marek Krajewski często ma kłopot z poprowadzeniem intrygi kryminalnej w sposób zajmujący i wiarygodny logicznie do samego końca. Niestety w tym wypadku jest podobnie. Nie ma specjalnych emocji , brakuje zmyślnego mylenia tropów i elementów zaskoczenia.

Siłą wcześniejszych powieści Marka Krajewskiego był sugestywny mroczny świat przedwojennego Wrocławia. Pod tym względem "Aleja samobójców”, której akcja rozgrywa się współcześnie na polskim Wybrzeżu, zdecydowanie im ustępuje. Książkowa rzeczywistość jest poszatkowana, ledwie naszkicowana. Nie jest to ani rzeczywista współczesna Polska, ani sugestywnie wykreowany powieściowy obraz współczesnej Polski. Można odnieść wrażenie, że obaj autorzy znają rzeczywistość głownie z gazet i telewizora.

Szkoda też, że autorzy nie wykorzystali potencjału fabularnego, jaki kryje w sobie wątek konfliktu policji kryminalnej z ABW. Zamysł był świetny, zawiązanie intrygi doskonałe. Niestety opis ABW i jej działań, jaki otrzymujemy w wydaniu Krajewskiego i Czubaja, da się zamknąć w zdaniu: "To złe chłopaki są”. W efekcie zamiast emocjonującej rozgrywki mamy serię mniej lub bardziej brutalnych psikusów. Takich niedopracowanych pomysłów i niespełnionych obietnic jest w tej powieści sporo. Mimo to cykl zapowiada się interesująco. Oczywiście pod warunkiem, że autorzy się do niego bardziej przyłożą. Bo talentu i wiedzy mają pod dostatkiem.

Marek Krajewski, Mariusz Czubaj, „Aleja Samobójców”, WAB, Warszawa 2008