Po lekturze ogarnęły mnie poważne wątpliwości co do wagi pisarstwa tego Turka, który tak nas wszystkich zainteresował rok temu z powodu Nobla i opasłej powieści "Śnieg”, a do pewnego stopnia także "Nazywam się Czerwień”. Czy może być prawdziwie wielkim pisarzem ktoś, kto karmi czytelników takimi frytkami z ketchupem jak "Nowe życie”, udając, że to jest autentyczna strawa duchowa?

Pozornie "Nowe życie”, książka ukończona w 1994 roku, ma w sobie wszystko, czego trzeba. Bo cóż atrakcyjniejszego dla ambitnego, ale nowoczesnego czytelnika niż mistyczna powieść kryminalna o odkrywaniu tajemnicy istnienia, z miłością a la "Wichrowe wzgórza” w tle? Młody student ze Stambułu zakochuje się w pięknej studentce i za jej sprawą odkrywa Książkę, która każe mu się wyprawić w szaloną podróż do źródeł tajemnicy. Budzą się młode zmysły, trup ściele się gęsto, mnożą niezwykłe spotkania i przygody - a potem w dodatku każdy szczegół tej dziwnej historii okaże się elementem doskonale precyzyjnej, choć trudnej do rozwikłania łamigłówki polityczno-egzystencjalnej. Bohater trafi na właściwy trop dopiero wiele lat później, kiedy już dawno utracił dziewczynę, zapomniał o swoim marzeniu nowego życia obiecywanego przez Książkę - a nawet rozgrzeszył się ze zbrodni, którą popełnił swego czasu w szaleństwie miłości. Niestety, stanie się to dopiero w pewnej niefortunnej chwili…

Ale nie dość mrożącej krew w żyłach historii, dzikiej namiętności i wtajemniczeń w sekrety egzystencji. Do tego wszystkiego mamy tu solidną dawkę poezji. Cała pierwsza część 200-stronicowej książki składa się z poetyckich opisów uniesień miłosnych bohatera wobec pięknej Canan - oraz jego egzaltacji związanych z tajemniczą Książką. Być może poetyckość, charakterystyczna w ogóle dla stylu Pamuka, jest tu bardziej widoczna niż w innych jego utworach, bo główny temat, czyli treść Książki, musi do samego końca pozostać niedookreślony. Autor nie może zdradzić, na czym polega nowe życie, które tak kusi bohatera - a poetyckość świetnie się wszak nadaje do tego, by zastąpić konkret.

Do tajemnicy, miłości i poezji dodajmy jeszcze refleksję nad konfliktem pomiędzy cywilizacją Wschodu i Zachodu, od której nie może uciec żaden pisarz kraju muzułmańskiego, jeśli chciałby zostać uznany na Zachodzie. Z czasem okazuje się mianowicie, że Książka uważana jest przez swoich zaciekłych wrogów za część spisku cywilizacyjnego, jakim jest dominacja Zachodu. Niektórzy będą ją przez to uważać za źródło wszelkiego zła, zakazywać, nawet mordować jej czytelników - siła słowa pisanego i strach świata islamskiego przed Europą i Ameryką to typowy Pamukowski motyw. Zauważmy na marginesie, że głos mówiący w powieści wcale nie opowiada się jasno po żadnej ze stron. Reprezentuje raczej coś w rodzaju cichej rezygnacji: Zachód nas połknął i nie ma co się oszukiwać, że jest inaczej. Jedyne, co pozostało, to jak najlepiej żyć z tym faktem.

Krótko mówiąc, mamy tu wszystko, czego potrzeba powieści tureckiej, która chciałaby zainteresować Zachód. Dlaczego więc efekt jest nijaki? Dlaczego książkę czytałam z całkowitą obojętnością, wzruszając ramionami na jej mądrości, ziewając na wstrząsające przygody i nawet krzywiąc się z niesmakiem przy różnych poetyckich frazach?

Otóż dlatego, że wszystko to zrobione jest z papieru. Po pierwsze, całkowicie papierowa jest wychwalana przez wielu recenzentów konstrukcja. Owszem, pod koniec wszystkie elementy układanki trafiają na swoje miejsca tak pięknie, jak w filmie "Podejrzani” przywołanym a propos "Nowego życia” przez krytyka z "Guardiana”. Ale co komu po tych rewelacjach, skoro nie mają one żadnego ciężaru gatunkowego - i chyba jedyne, czemu służą, to stworzenie wrażenia, że autor przed napisaniem książki rozpisał sobie fabułę w Excelu.

Po drugie, kiedy się dobrze przysłuchać licznym zdaniom sugerującym jakąś porażającą głębię - to tak naprawdę nie jest to głębia zbyt głęboka. Wiele tu natomiast waty, w dodatku często podejrzanej stylistycznie, jak choćby: "wątpliwość co do słuszności własnych przeczuć targała jej zachwycającym wnętrzem” - choć oczywiście może być to sprawa przekładu. Zresztą także poetyckość wydała mi się nieco podejrzana. Choć znowu może to wynikać z przekładu, w całej książce znalazłam zaledwie jeden fragment, który naprawdę mnie poruszył. Jest to przenikliwy i piękny opis zaklęć, którymi bohater chce zmusić świat, by dał mu serce ukochanej: "Ani razu nie nadepnąłem na linię między płytami chodnika. Odgadłem, że na podłodze w kawiarni leży parzysta liczba kapsli z butelek po lemoniadzie. (…) Wykonałem dwadzieścia osiem telefonów do jej mieszkania, za każdym razem zmieniając głos i tożsamość. (…). Ale ona nie przyszła”. Poza tym jednak poetyckie frazy Pamuka często są nużące i nadęte - jak te wszystkie opisy przeżyć lekturowych, pełne "białego światła” dobywającego się z Książki, wyłaniającej się z tego światła "Miłości” etc.

Ale z czego się bierze ta papierowość? W pewnym momencie narrator śmieje się z Czechowa i jego naśladowców, którzy wywyższają cierpienie, pochylając się nad psychologią bohaterów. I rzeczywiście, u Pamuka jest rodzaj witalności i zmysłowości, które nie mają nic wspólnego z psychologią. Jego postacie świadomie są papierowe, działają zgodnie ze schematami zachowań i sytuacji, zamiast czuć i przeżywać jak ludzie z krwi i kości. Dlatego w przeciwieństwie do bohaterów Czechowa, nie ma u nich prawdziwego cierpienia. Oczywiście, to nie żadne odkrycie Pamuka i niejeden pisarz uczynił prawdziwą sztukę z posługiwania się marionetkami zamiast postaciami z krwi i kości. Tak zbudowane są też baśnie i przypowieści - ich bohaterowie to tylko emanacje pewnych pragnień i instynktów. I być może Pamuk właśnie czerpie z tej tradycji - tradycji "Baśni tysiąca i jednej nocy”. Ale żeby powieść, pozbawiona żywego mięsa, nie utraciła rumieńców, potrzebna jest jakaś inna zasada scalająca. Na przykład jakiś szczególnie silny ładunek cierpienia lub radości. Jakaś mocna teza, która z utworu pozbawionego realistycznych bohaterów uczyni przeprowadzony konsekwentnie dowód własnej racji pisarza przeciwko światu. Albo jak w baśniach, krystaliczna jasność przekazu, która przeniesie czytelnika do świata archetypów i każe mu zajrzeć w głąb swojej duszy. U Pamuka jednak wszystko rozmywa się w ogólnej poetyckości: pisarz coś do nas mówi, czasem ładnie, ale nic z tego nie przeżywamy i pod koniec nie bardzo wiemy, po co to było.

I wydaje się, że Pamuk sam czuje te niedostatki swojej sztuki pisarskiej. Bo czy nie dlatego właśnie chwyta się wszystkich możliwych konceptów, które mogłyby uatrakcyjnić powieść? Pisarz prawdziwie wielki i głęboki nie musi się aż tak starać. Trochę jak w miłości: kiedy kochanek zaczyna przynosić zbyt dużo kwiatów, to znak, że coś się popsuło.

I myślę sobie, że być może międzynarodowe sukcesy Pamuka wynikają właśnie z tego, że jest to pisarz szczególnie pasujący do dzisiejszej duchowości przeciętnego zachodniego konsumenta. Przedstawia świat baśniowo, czyli w formie archetypów - ale takich trochę rozmytych, nie przesadnie głębokich i wstrząsających. Przerysuję, mówiąc, że trąci mi to trochę twórczością Coelhów, Danów Brownów i innych specjalistów od marketingu, wykorzystujących dzisiejszą potrzebę szybkiej i taniej głębi - ale coś tu jest, niestety, na rzeczy. Nie mówię, że w Pamuku nie ma nic wielkiego. Owszem - wspaniała jest jego witalność i zmysłowość, kiedy czasem przestaje być papierowa. I myślę, że to właśnie mogłaby być owa siła organizująca całość (tak jak było w jego świetnym "Stambule”). Niestety, autor uważał za stosowne zastąpić ją w tym wypadku układanką a la "Kod Leonarda da Vinci”.

Orhan Pamuk, "Nowe życie”, przeł. Anna Polat, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008