Opowiadania czyta się inaczej niż powieści. Różnią się od nich trochę jak dzieci od dorosłych. Traktowanie dziecka jak dorosłego w miniaturce to oczywisty błąd. Dziecko to dziecko, ze wszystkimi tego konsekwencjami, stanowi osobny, szalenie kreatywny byt, a jednocześnie nosi w sobie magię potencjalności. Zawsze pytamy, kim stanie się w przyszłości i jest to fascynująca zagadka z wieloma, często sprzecznymi, rozwiązaniami.

A ponieważ sztuka pisania małych form powoli obumiera – powieści po prostu lepiej się sprzedają – w przeszłość odchodzi też sztuka ich czytania. Być może za kolejnych parędziesiąt lat opowiadanie stanie się takim literackim zabytkiem jak elegia czy epos, darzonym mieszanymi uczuciami szacunku i znużenia, obchodzonym z daleka, szlachetnym truchłem. Byłaby to wielka strata.

Póki co jednak tak się szczęśliwie składa, że co roku – diabli wiedzą, dlaczego akurat wiosną? – ukazuje się po polsku przynajmniej jeden wybitny zbiór. Dwa lata temu dostaliśmy „Wszystkie boże dzieci tańczą” Haruki Murakami, zeszłej wiosny „Z powrotem do uszatej sowy” Węgra Ádáma Bodora, a teraz znów Murakami i jego „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”. To obszerna antologia opowiadań z całego właściwie okresu pisarskiej kariery autora „Kroniki ptaka nakręcacza”.

Tę książkę można skonsumować na parę różnych sposobów i każdy dostarczy równie dużej satysfakcji. Po pierwsze da się na nią spojrzeć jak na laboratorium twórcze, w którym autor błyskotliwie testuje rozmaite rozwiązania narracyjne. Nietrudno zauważyć, że niektóre z opowiadań, choć stanowią integralne całości, dały początek powieściom, np. krótka nowelka „Robaczek świętojański” (1984) jest studium prologu do największego bestsellera Murakami, czyli „Norwegian Wood” (1987). W innych tekstach (gdyby czytać je chronologiczne) widzimy, jak japoński pisarz szlifuje swoje absurdalne poczucie humoru („Perkozek”) albo składa zaskakujące deklaracje twórcze (świetna „Uboga krewna”).

Nie to chyba jest tu jednak najważniejsze, ciekawsze wydaje się obserwowanie wirtuozerskiej techniki Murakami. To nie są puste popisy, ale formalne mistrzostwo. Autor „Przygody z owcą” jak mało kto rozumie, na czym polega sztuka pisania opowiadań, ów szczególny – proszę wybaczyć porównanie – literacki coitus interruptus, w którym największą wartość ma to, co niedokończone, urwane i przemilczane. Opowiadania maluje się pustką oblewającą niczym ocean małą wysepkę tekstu.

Fascynujące jest też wyławianie ze „Ślepej wierzby i śpiącej kobiety” motywów, metafor i obsesji przemieszczających się swobodnie po całym zbiorze. Jest ich wiele, wiele też znaliśmy już wcześniej z powieści. Ale jedna sprawa rzuca się w opowiadaniach Murakami w oczy mocniej niż w większych tekstach. To kwestia tożsamości. „Ja” pozostaje tu słabe, niepewne, ciągle wystawiane na próby, pozbawiane pamięci i autoidentyfikacji. Japończyk dokonuje czegoś prawie niemożliwego: prowadzi pierwszoosobową narrację bez egoizmu, podkreślając jednocześnie, że jaźń jest cieniutką i delikatną warstewką udrapowaną na czymś groźnym, nieznanym i pozbawionym twarzy. Czytajcie Murakami, jeśli nie boicie się tej prawdy. A jeśli czujecie przed nią lęk – to tym bardziej.

Ślepa wierzba i śpiąca kobieta

(Mekura-yanagi-to, nemuru onna)

Haruki Murakami, przeł. Anna Zielińska-Elliott, Muza 2008