Z rodziną Hosenfeldów spotykam się w warszawskim hotelu Victoria. Przyjechali do stolicy na promocję polskiej edycji książki Wilma Hosenfelda "Staram się ratować każdego". W tomie opublikowanym nakładem oficyny Rytm znalazły się zapiski m.in. z czasów kampanii wrześniowej, Powstania Warszawskiego i okupacji Polski. Dyskutujemy o okolicznościach, w jakich doszło do wydania niemieckiego pierwowzoru. Ciężar rozmowy bierze na siebie 81-letni Detlev Hosenfeld, genetyk z uniwersytetu w Kilonii. Sympatyczny starszy pan mówi, że choć rodzina od dawna żywiła przekonanie o wyjątkowej wartości zapisków Wilma Hosenfelda, przez kilka dekad nie planowała ich opublikowaniu. Próbę upublicznienia dziennika podjęto tylko raz. Tuż po zakończeniu wojny, kiedy w Niemczech odbywały się procesy denazyfikacyjne, Helmut, najstarszy syn Wilma Hosenfelda, pokazał notatki ojca radcy szkolnemu. "Niestety urzędnik zignorował to świadectwo" - wspomina Detlev.

Od dentysty do księgarni

Być może do dziś nie znalibyśmy zapisków Hosenfelda, nie byłoby nowej wersji książki Władysława Szpilmana ani inspirowanego nią filmu "Pianista" Romana Polańskiego, gdyby pewnego enerdowskiego eksdysydenta... nie rozbolały zęby. Mowa o Wolfie Biermanie, znanym pieśniarzu i poecie, który wyrzucony z kraju przez reżim Ericha Honeckera zamieszkał w Hamburgu. W tym samym mieście prowadził praktykę dentystyczną Andrzej, syn Władysława Szpilmana. Traf chciał, że panowie spotkali się w jego gabinecie. W przerwach między borowaniem lekarz i pacjent zaczęli rozmawiać i w ten sposób Andrzej Szpilman opowiedział tym, jak Wilm Hosenfeld ocalił jego ojca, i o planach wydania wspomnieniowej książki po niemiecku. Bierman podzielił się informacjami ze swoim znajomym, który uznał, że wiedzę o bohaterskim kapitanie Wehrmachtu trzeba wykorzystać do szkolenia żołnierzy Bundeswehry. Znajomy nazywał się Volker Ruehe i był wówczas ministrem obrony Niemiec. Staraniem Andrzeja Szpilmana wspomnienia jego ojca, wzbogacone o fragmenty dziennika i listów Wilma Hosenfelda i posłowie Wolfa Biermana, ukazały się w 1998 r. Rok później "Das wunderbare Ueberleben" zostały wydane w kilku krajach europejskich, Stanach Zjednoczonych i Japonii.

Przeszłość odchodzi w przeszłość

Powodzenie pamiętników Szpilmana zachęciło Hosenfeldów do wydania notatników ojca. Opasły tom, zawierający także zapiski z czasów I wojny światowej, trafił do księgarń w 2004 r. Publikacja przeszła jednak bez większego echa.

"Nie było rezonansu, książka nie wywołała debaty publicznej. Może jest za gruba?" - zastanawia się Detlev Hosenfeld i pokazuje ksero krytycznej recenzji z izraelskiego dziennika "Haaretz". Autor tekstu prof. Benjamin Kedar napisał, że po lekturze można odnieść mylne wrażenie, że wszyscy Niemcy byli tak szlachetni jak Wilm Hosenfeld.

A może brak odzewu w Niemczech jest spowodowany fragmentami zapisków, z których wynika, że już jesienią 1939 r. Wilm Hosenfeld wiedział o zbrodniach, których dokonywano na Żydach i Polakach. "To niewygodne świadectwo, bo przecież wielu Niemców, w tym tak jak Wilm żołnierzy Wehrmachtu, twierdziło, że dowiedziało się o terrorze w okupowanych krajach dopiero po wojnie?" - pytam.

"Nie sadzę. Przyczyna jest prozaiczna: po prostu przeszłość nie budzi już w Niemczech takiego zainteresowania. Jak się mówi: <Pianista>, to wszyscy kojarzą. Nazwisko Hosenfeld zna niewielu" - odpowiada Detlev Hosenfeld.

Do rozmowy włącza się wnuk Wilma Friedel, informatyk i dziennikarz. Wspomina, że od małego wiedział o bohaterskiej postawie dziadka, ale nie przywiązywał do tego uwagi.

"Przełomowe znaczenie miało spotkanie Andrzejem Szpilmanem i niemieckie wydanie pamiętnika Władysława Szpilmana. Byłem pod wrażeniem, zrobiłem stronę internetową poświęconą naszej rodzinie" - mówi.

Potomkowie Wilma Hosenfelda poznali też osobiście Władysława Szpilmana. Po wojnie polski pianista koncertował w Niemczech i zaprosił członków rodziny na swój występ.

Moralny kac Szpilmana

Czy Władysław Szpilman miał kaca moralnego, że nie udało mu się ocalić z sowieckiej niewoli człowieka, który uratował mu życie?

"Czuł się z tym źle. Wiemy, że interweniował w sprawie jego uwolnienia w polskim rządzie (u Jakuba Bermana, ówczesnego członka komisji Biura Politycznego KC PZPR ds. bezpieczeństwa publicznego nadzorującej aparat represji stalinowskich w Polsce - red.). Potem pisywał do instytutu Yad Vashem w Jerozolimie, ale na próżno. Wilm Hosenfeld do dziś nie ma swojego drzewka w Alei Sprawiedliwych" - mówi Detlev Hosenfeld.

"Wilma Hosenfelda zakwalifikowano jako funkcjonariusza wywiadu. Nie miał szans, Sowieci uważali go za zbrodniarza" - dodaje prof. Eugeniusz Cezary Król, redaktor naukowy polskiego wydania "Staram się ratować każdego".

W postsowieckich archiwach nic się zmieniło - Wilm Hosenfeld do dziś funkcjonuje tam jako zbrodniarz. "Rosjanie oceniali człowieka nie indywidualnie, lecz według sztancy" - stwierdza ze smutkiem Detlev Hosenfeld.

Nadzieją mogą napawać słowa, które padły podczas uroczystej promocji "Staram się ratować każdego" w Galerii Porczyńskich w Warszawie.

"Gdybym dziś pisał książkę o życiu codziennym w okupowanej Warszawie, musiałbym często cytować Wilma Hosenfelda" - przyznał prof. Tomasz Szarota.

"Jako wasz dawny nieprzyjaciel, cieszę się, że mogę się z wami spotkać. Żołnierze Wehrmachtu na klamrach pasów mieli wyryty napis <Gott mit Uns>. Wilm Hosenfeld dotrzymał tych słów, walczył zgodnie z prawami boskimi" - mówił Czesław Cywiński, prezes zarządu głównego Światowego Związku Żołnierzy AK.

"Dlaczego zdecydowaliście się opublikować dziennik i listy waszego ojca?" - pytam potomków niemieckiego oficera.

"Chcielibyśmy, żeby przyczyniła się do pojednania miedzy Polakami i Niemcami" - bez namysłu odpowiada Detlev Hosenfeld.