Zanim 20 lutego 2005 roku wziął do ręki rewolwer Smith&Wesson i pociągnął za spust, Hunter S. Thompson zdążył dorobić się statusu ikony kontrkultury lat 60., pochłonąć cysterny używek, a przy okazji wydać swoje najważniejsze dzieło – „Lęk i Odrazę w Las Vegas”.

Opisująca szaloną podróż dziennikarza Raoula Duke’a (alter ego autora) i jego szemranego samoańskiego adwokata doktora Gonzo po Ameryce roku 1971 powieść zaczyna się całkiem beztrosko – ot, dwóch amatorów ostrej zabawy wpakowało się do auta o wdzięcznej nazwie Krwawy Rekin, by jechać (dosłownie i metaforycznie) przed siebie w poszukiwaniu przygody. Bagażnik auta jest pełen narkotyków: same ich nazwy mogłyby zafrapować twórców wykazu środków odurzających.

Jednak opisywana przez Thompsona narkotykowa eskapada nie służy wcale zabawie. Aby to zrozumieć, trzeba przypomnieć sobie, jak silnie kwestia używek związana była z kontrkulturą końca lat 60. Narkotyki to nie dwa gramy białego proszku albo zioło w plastikowym woreczku, ale sposób życia. I tak – przez analizę przemian w dziedzinie preferencji narkotykowych – Thompson dokonuje swoistego podsumowania kondycji społecznej Ameryki początku lat 70. Pisze: „Spidy są już niemodne. Metka w 1971 roku to taka sama rzadkość jak czysty kwas czy DMT. »Poszerzanie świadomości« zniknęło razem z Lyndonem Johnsonem… Warto też zauważyć, że z historycznej perspektywy dołersy pojawiły się w tym samym czasie co Nixon”.

W efekcie okazuje się, że „Lęk i Odraza w Las Vegas” to książka rozrachunkowa z epoką dzieci kwiatów, której czar prysł prędzej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Obłąkańcza wyprawa Duke’a i doktora Gonzo do Las Vegas pod pretekstem przygotowania dziennikarskiej relacji z zawodów motocyklowych staje się tak naprawdę okazją do frenetycznego zapisu szczególnej choroby, jaka dotknęła Amerykę u kresu szumnej Ery Wodnika. Miłość, pokój, braterstwo – wszystkie sztandarowe hasła hipisowskiego buntu, które miały doprowadzić do wielkiej zmiany społecznej, skompromitowały się z wielkim hukiem, szczególnie demonicznym przejawem tej degeneracji była rzeź, dokonana przez bandę Charlesa Mansona w domu Romana Polańskiego. Używane na szeroką skalę środki psychodeliczne – miały przecież zbudować komunę miłości i doprowadzić do słynnego „poszerzenia świadomości” – w istocie zaowocowały jedynie masowym chemicznym uzależnieniem i spektakularnymi zgonami kultowych gwiazd tego okresu: Jima Morrisona, Janis Joplin i Jimmiego Hendrixa. Ci, którzy nie załapali się na złoty strzał w Erze Wodnika, lata później dogorywali na ulicach albo ścięli włosy i zaczęli meldować się z teczką w drzwiach biura punkt dziewiąta. To dopiero psychodelia.

Hunter S. Thompson zna dwa słowa na określenie owych przewartościowań: „lęk” i „odraza”. Posiłkując się tymi uczuciami (a jednocześnie zachowując cyniczną trzeźwość spojrzenia), opisuje, w jaki sposób nadejście ekipy Nixona ukręciło łeb wolnościowej iluzji. Wojnę o rzeczywistość musiało wygrać państwo, z całym jego bezlitosnym aparatem posłuszeństwa. W efekcie cała narkotyczna wyprawa dwóch mężczyzn w „Lęku i Odrazie…” okazuje się jakimś złym tripem, dragowym koszmarem bez wyjścia. Paradoksalnie, mimo że nie ma tam miejsca na odczucia słodkiej „kosmicznej jedności”, to Duke’a i Gonza najbardziej przeraża perspektywa odstawienia używek i powrotu na drogę obywatelskiego posłuszeństwa. A zatem ćpają – ćpają bez złudzeń i oczekiwań.

Książka Thompsona porównywana bywa do słynnej powieści „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego. Alkoholowy upadek Konsula opisany gęstym halucynacyjnym językiem zwiastuje koniec pewnego kształtu świata. Tymczasem Amerykanin w opisie wściekłego tripu szaleje w portretowaniu frustracji, rozczarowania, niechęci i odmowy uczestnictwa.

Czytając „Lęk i Odrazę...” po prawie czterech dekadach, ma się jednak wrażenie, że książka lekko się zestarzała. Może to kwestia techniki autora, który na bieżąco notuje spostrzeżenia i gorączkowe wizje? Do reszty przesiąkamy paranoją, co chwilami nuży i nie pozwala do końca wychwycić ponurego sensu całości. Co więcej, wydaje się, że pozycję tą trudno odebrać z należytą powagą i szacunkiem bez odpowiedniego wprowadzenia czy posłowia – na szczęście aktualne polskie wydanie je posiada. Nowy, wspaniały świat zwiesił bowiem głowę szybciej, niż ją podniósł – wiele głośnych swego czasu nazwisk dziś może być nieczytelnych, a i cały polityczno-społeczny kontekst, tak bliski Thompsonowi, niekoniecznie musi być oczywisty dla polskiego czytelnika AD 2008. Jak będzie, zobaczymy – dobrze, że pogromca „amerykańskiego snu” wreszcie ma u nas swoją premierę.

Lęk i Odraza w Las Vegas

(Fear And Loathing In Las Vegas)

Hunter S. Thompson, przeł. Marcin Wróbel, Maciej Potulny, niebieska studnia 2008