Halina Pawlowská to czeska gwiazda. Nie tylko pisze wysokonakładowe powieści i scenariusze filmowe, lecz także szefuje tygodnikowi o życiu gwiazd. Wszystko, co przeleje na papier, natychmiast staje się przedmiotem rozmów – szczególnie że w powieściach stosuje pierwszoosobową narrację i przemyca wiele wątków autobiograficznych. Sytuacja staje się czasem absurdalna do tego stopnia, że Pawlowska musi wszem i wobec odszczekiwać, jakoby to, co napisała, było fabularyzowaną wersją jej życia. – Ja to naprawdę wymyśliłam! – przekonuje.

Znając tych parę faktów biograficznych, spodziewamy się po jej książce armatniego wybuchu. Niestety, otrzymujemy średniej mocy strzał z kapiszona. Po lekturze najsłynniejszej książki Pawlowskiej „Dzięki za każdy nowy ranek” przyczyny jej szalonej popularności stają się kwestią dyskusyjną. Może chodzi o czeską specyfikę? Bo Pawlowská to fenomen lokalny; poza ojczystym krajem sukcesu już nie powtórzyła. W sumie – nic dziwnego.

Książka Pawlowskiej to opowieść o Olenie, dziewczynie, która – jak głosi chińska klątwa – żyła w ciekawych czasach. Jej dojrzewanie przypadło na czasy Praskiej Wiosny 1968 roku i jej klęski. Największym zmartwieniem Oleny nie były wówczas radzieckie czołgi rozjeżdżające zbuntowaną ojczyznę, lecz to, czy sowieccy żołnierze nie zjedzą przypadkiem jej kota. Nie zjedli. Innym utrapieniem dziewczyny – młodej adeptki sztuki – była obawa, czy zostanie przyjęta do szkoły filmowej. A może marzenie to zostanie udaremnione przez donos głoszący, że w czasach pierwszej republiki jej stryj Sztiepan był burżuazyjnym nacjonalistą?

Pawlowská zbiera bowiem okruchy historii rodzinnej, pokazując w jaki sposób to, co lokalne i prywatne, łączy się z wielką historią. Ze strzępów opowieści o nietuzinkowych znajomych – Pavli zakochanej w żonatym śpiewaku, studentce szkoły teatralnej Lence, swoich licznych miłościach, a przede wszystkim ekscentrycznym ojcu, który nigdy nie przeklinał, nosił krótkie gatki i kwestionował wszystko to, co ludzkie – od płodzenia dzieci po korzystanie z ubikacji – tworzy powikłaną narrację o życiu w niełatwych czasach. Pozostaje przy tym arcyczeska w swojej gawędziarskiej metodzie opowiadania i słodko-gorzkim humorze.

A jednak „Dzięki za każdy nowy ranek” to książka rozczarowująca. Najbardziej męczy ów migawkowy sposób opowiadania – Pawlowská przeskakuje z tematu na temat w tempie telewizyjnych akrobacji Mariusza Maxa Kolonki. Trochę tu o szkole, trochę o ciąży, szczypta wspominków o rozmaitych relacjach rodzinnych, nieco specyfiki spożywczej (obowiązkowe piwo w gospodzie). Nie wiadomo, czy ta powieść ma być bardziej literaturą popularną o miłości i bolączkach codziennego życia, czy ambitną próbą podsumowania losu, który przypadł na czasy totalitaryzmu. Jeśli zarówno jednym, jak i drugim – to nie wyszło.

W ostatnich latach pojawiło się w naszym regionie wiele świetnych książek, którym udało się uchwycić jednostkowy dramat na tle politycznego absurdu – choćby „Cudowne lata pod psem” Michala Viewegha czy „Biały król” György Dragomána. Tymczasem problemem Pawlowskiej jest to, że chce być zarówno Katarzyna Grocholą, jak i Bohumilem Hrabalem. Jak wiadomo ze szkolnych lekcji biologii, tworzenie gatunkowych krzyżówek przysparza czasem trudności. I z taką też trudnością czyta się Pawlowską. Nie przeczę, że bywa to przyjemne i zabawne, chwilami nawet interesujące; jednak do satysfakcji czytelniczej daleko.

Dzięki za każdy nowy ranek

(Díky za každé nové ráno)

Halina Pawlowská, przeł. Dorota Kania, W.A.B. 2008