Jeśli zdarzyło się państwu kiedykolwiek przypatrywać mapie Rosji (a dawniej Związku Sowieckiego), z pewnością zauważyliście przede wszystkim, że to kraj trochę za duży jak na ludzką skalę. Pamiętam niepokojące wrażenie, rodzące się podczas studiowania radzieckich atlasów geograficznych, że Polska istotnie jest miejscem znaczącym dość niewiele i wygląda przy sowieckim imperium jak małe, krzywe lusterko wsteczne doczepione do tira.

Te jeziora wielkości morza, rzeki przypominające ogromne, przyczajone węże, syberyjskie niziny, gdzie żeby skoczyć po chleb, trzeba wędrować przez tajgę tydzień w jedną stronę... Wszystko to, zamiast przyciągać uwagę, w pewnym sensie ją odwraca.

Rosja wobec tego – ta, którą da się odwiedzić, bo przygniata ogromem w stopniu jeszcze umiarkowanym i do zniesienia – to Moskwa i Petersburg. Mało kto wybiera się dalej, by stawić czoła posttotalitarnej monotonii kraju, który nie ma końca. No chyba, że jest antyturystą. Jak Daniel Kalder, autor zjawiskowego „Zagubionego kosmonauty”, tragikomicznej relacji z wypraw na krańce Europy – do Tatarstanu, Kałmucji, Mari Eł i Udmurcji. Tak, drodzy państwo, te osobliwe krainy naprawdę leżą geograficznie w Europie.

Antyturystyka jest zresztą w książce Szkota dość dobrze zdefiniowana. „Nic ciekawego nie pozostało w Tadż Mahal, w Wielkim Murze Chińskim czy egipskich piramidach. Są równie banalne jak etykieta pudełka po płatkach kukurydzianych. Co za tym idzie, prawdziwych granic nieznanego musimy szukać gdzie indziej. Jest powinnością podróżnika wędrowca odkrywać nowe dziedziny doświadczenia. W naszym zdeptanym przez turystów świecie te nowe dziedziny to z konieczności śmietniska, rozmaite czarne dziury i obrzydliwe slumsy – to wszystko, czego normalną koleją rzeczy próbuje się unikać”.

Autor to nie tylko gość znajdujący przyjemność we włóczeniu się po obskurnych blokowiskach i zwiedzaniu ogrodów zoologicznych, których jedynymi lokatorami są dwa wyleniałe lisy. To przede wszystkim pisarz, obdarzony przenikliwością, ironią i wyczuciem absurdu. Prawdopodobnie nie musiałby nawet ruszać się ze Szkocji, by napisać genialną książkę. Niemniej ruszył się, a jego gorzkie, miejscami wstrząsające sprawozdanie z odwiedzin w postsowieckiej nicości warte jest wszystkich pieniędzy wydanych na bulwarach Lazurowego Wybrzeża.

Kalder kolekcjonuje surrealistyczne pejzaże („Im bardziej bezbarwny i ponury otacza mnie krajobraz, tym bardziej wydaje mi się atrakcyjny”) oraz osobliwe ludzkie portrety („Do pokoju wpadł Aleksiej Izergowicz Jakimow – Sznui On, Wierchownyj Szrec, Najwyższy Kapłan (...) Wmaszerował zamaszystym krokiem, wymachiwał rękami, na głowie miał starą futrzaną czapkę-uszankę. Taszczył wymiętą plastikową reklamówkę”). I z pewnością nie jest turystą. Właściwie to nie jest też antyturystą. „Zagubiony kosmonauta” to po prostu znakomita, wysmakowana literatura, wywiedziona z brytyjskiego poczucia humoru i rosyjskiej satyry społecznej w najlepszym guście.

Zagubiony kosmonauta. Spostrzeżenia antyturysty

(Lost Cosmonaut: Observations of an Anti-Tourist)

Daniel Kalder, przeł. Maciej Ignaczak, Piotr Siemion, Czarne 2008