Kiedy po operacji zaczyna się odzyskiwać przytomność, jedną z pierwszych konstatacji, jednym z pierwszych uspokajających znaków, że wciąż jeszcze pozostajemy na tym świecie, jest ból. Ja odczuwałem tak wielkie cierpienie w brzuchu, jakby był on przebity tysiącem halabard, ale szybko nauczyłem się trzymać je pod kontrolą. Za pomocą medytacji? Przenosząc je na drzwi? Nic z tych rzeczy. Po prostu naciskałem guzik, który włożono mi do ręki.

Ten otwierał zawór jednego z wielu urządzeń otaczających moje łóżko, skąd wypływało coś cudownego, co dostawało się bezpośrednio do moich żył przez wbitą gdzieś w ciało igłę. Ból przechodził, a ja byłem spokojny. Kiedy tylko powracał, znów naciskałem guzik. Elektroniczny przyrząd kontrolował ilość wstrzykiwanej substancji, aby uniemożliwić mi przekroczenie ustalonego limitu. Kiedy przesadzałem, odcinał na jakiś czas bez mojej wiedzy dostarczanie substancji. A ja naciskałem guzik...i wciąż miałem wrażenie, że czuję się lepiej. To właśnie lekarze nazywają "efektem placebo": zadziwiająco leczniczym efektem czegoś, co tak naprawdę nie daje żadnego rezultatu, tak jak wypicie szklanki wody zamiast lekarstwa albo połknięcie pigułki zrobionej z mąki, a nie ze związku chemicznego.

Za urządzenie z przyciskiem odpowiadali dwaj młodzi lekarze z "jednostki kontroli bólu", którzy codziennie składali mi wizytę. Nie wiem, czym wypełnione były kroplówki, ale pomagały mi nie odczuwać bólu. Być może było w nich to samo, co organizm produkuje sam, automatycznie, kiedy istnieje absolutna konieczność. Ciało wie, co robi. W chwili potwornego bólu, który by je zabił, wprowadza do krwiobiegu swój środek znieczulający, pozwalający mu go znieść. Tak dzieje się z żołnierzem, któremu odłamek urwał rękę, a on biegnie jeszcze przez chwilę, jakby nic się nie stało.

Być może w taki właśnie sposób można wyjaśnić piękną historię Sarmada, siedemnastowiecznego mistyka, którą przewodnicy jeszcze dziś opowiadają turystom przybywającym do jego grobu w pobliżu Dżama Maszid, wielkiego meczetu naprzeciw Czerwonego Fortu w Delhi. Sarmad - żyd, a może chrześcijanin - pochodzący z Armenii, przyjeżdżając do Indii, przeszedł na islam i stał się sławny za sprawą swej mądrości, pisanych po persku wierszy, a także dlatego że "upojony miłością Boga" tańczył publicznie nago "oswobodzony w końcu ze wszystkich ciężarów, nawet ciężaru ubrania". Był sufim - podobnie jak mój anestezjolog - i bardzo ortodoksyjni, dworscy mułłowie oskarżyli go o herezję. Cesarz Aurangzeb rozkazał, aby ścięto mu głowę.

- O wielki przyjacielu, przybywasz tu dziś pod postacią kata, ale ja cię rozpoznaję. Witaj! - powiedział Sarmad, zwracając się do Boga, kiedy ujrzał zbliżającego się z połyskującą w dłoni szablą mężczyznę mającego wykonać egzekucję. Z uśmiechem nadstawił szyję. Kat wypełnił rozkaz, a Sarmad, trzymając uciętą głowę w dłoniach, zrobił jeszcze dwa taneczne kroki w obliczu przerażonego tłumu. Był rok 1659.

(...)

Unieruchomiony w łóżku zabijałem czas, przypominając sobie te historie, które towarzyszyły mi w grze, jaką toczyłem sam z sobą, aby nie naciskać guzika. Próbując kontrolować ból, medytowałem, zmuszałem umysł do wyobrażania sobie czegoś przyjemnego, jak na przykład unoszenie się na powierzchni spokojnego i ciepłego morza. Mówiłem sobie, że ową radość odczuwaną tak wiele razy równoważy teraz ten ból i że jest w tej równowadze jakaś sprawiedliwość.

Zastanawiałem się, dlaczego jesteśmy tak skonstruowani, że nie potrafimy przypomnieć sobie nawet najstraszliwszego bólu, kiedy ten minie. Wiemy, że był, ale nie jesteśmy w stanie poczuć jego intensywności ani nawet natury. Rozważałem, dlaczego w różnych językach, podobnie jak we włoskim, słowo "ból" używane jest bez różnicy, zarówno w przypadku cierpienia fizycznego, jak i każdego innego. Myślałem o psychoanalizie jako o jednostce kontrolującej ten inny ból i o tym, jak bardzo jestem uprzywilejowany, mając zawsze pod ręką mój guzik. I czasami, poddając się...naciskałem go.

*

W drodze powrotnej ze szpitala do mojej kryjówki przynajmniej raz w tygodniu zatrzymywałem się na rogu Sześćdziesiątej Siódmej Ulicy i Madison Avenue. Starą, trzeszczącą windą wjeżdżałem na dwunaste piętro i wchodziłem bez pukania, bo drzwi były zawsze otwarte, do małego, słonecznego mieszkania.

Od kilku dziesięcioleci mieszkał tu stary podziwiany przeze mnie przyjaciel i pisarz należący do wielu światów i kultur; jeden z tych, którzy powinni być trzymani pod kloszem choćby po to, aby dać nadchodzącym generacjom wyobrażenie, jakim człowiekiem można było kiedyś być. Jego czas dobiegał końca. Od miesięcy dziewięćdziesięcioletni już Niccolo Tucci przykuty był do łóżka. Leżał w nim bez słowa skargi, elegancki, z piękną siwą brodą i długimi włosami, które nadawały mu wygląd szlachetnego dziewiętnastowiecznego buntownika.

Pół Rosjanin, pół florentczyk, Nica przybył do Nowego Jorku pod koniec lat trzydziestych. Tutaj wraz z innymi Włochami zaczął działać na rzecz walki z faszyzmem i tutaj też został po zakończeniu wojny. Pisarz, pamflecista, literacki Don Kiszot wielu spraw miał zawsze świetne, gotowe riposty albo zupełnie nieprawowierne interpretacje starych i nowych ludzkich przypadków. Znaliśmy się od ponad trzydziestu lat.

Pośród wielu pięknych rzeczy, jakie mu zawdzięczałem, była też umiejętność czytania Dantego z akcentem toskańskim, prosto, bez retoryki, jakby chodziło o nieprawdopodobną opowieść, którą ktoś snuje w jakiejś florenckiej tawernie. Z rzeczy zabawnych zawdzięczałem mu radę, aby dawać napiwek hotelowym portierom w chwili przyjazdu, a nie wyjazdu, a także kwestię wypowiedzianą przez Gaetana Salveminiego, którą pocieszałem się za każdym razem, kiedy próbowałem - z upływem czasu z rosnącym trudem - nauczyć się nowego języka. Salvemini przebywał od niedawna w Stanach Zjednoczonych i z przymusu uczył się angielskiego.

- Jak idzie? - spytano go.

- Cóż, zaczynam rozumieć to, co...sam mówię!

Nicoli zawdzięczałem też wielką zachętę:

- Dlaczego nie przestaniesz wreszcie uprawiać tego dzien...nikarstwa i nie spróbujesz zająć się trochę wieczn...nikarstwem?

Dobrze wiedział, że nic nie jest wieczne, ale chciał mnie ustrzec przed kontynuowaniem życia z dnia na dzień - czy z tygodnia na tydzień - i zmobilizował mnie, żebym niektóre ze swoich doświadczeń zamknął w książkach. On sam napisał piękne rzeczy, niektóre po angielsku, inne po włosku, ale - jak sam mówił - "jeśli już raz przepłynąłeś Atlantyk, zawsze jesteś na niewłaściwym brzegu", więc jego literacka sława też tak się skończyła, "między dwoma stołkami".

Również umierając, znajdował się na niewłaściwym brzegu. Mieszkanie miało wszystko, czego taki człowiek jak on mógł zapragnąć: dwa małe pokoje, dużo światła, piękny stół, wiele książek, stary telefon, fotel. Było tam także powiększone czarno-białe zdjęcie jego rodziców na plaży w Forte dei Marmi oraz kilka kolorowych obrazków z Toskanii przymocowanych do ściany taśmą samoprzylepną obok wycinka z pięknym artykułem, jaki napisał dla "New Yorkera" z okazji śmierci Gaetana Salveminiego. Wiedział, że z tych czterech ścian nie wyjdzie już o własnych siłach.

- Wiesz, gdybym dzisiaj umarł, byłbym naprawdę zadowolony - powiedział mi pewnego dnia.

- Ale jak mógłbyś być zadowolony, skoro byś umarł?

- Nie wiem, ponieważ nie mam pojęcia, czym jest śmierć.

- A boisz się jej? - zapytałem.

Wytrzeszczył swoje filuterne oczy pod pięknymi, gęstymi, wciąż jeszcze czarnymi brwiami:

- Mamma mia, tak!

- Daj spokój, Nica. Miliardom miliardów ludzi przed nami się udało. My też damy radę!

- Tak, ale gdybym chociaż mógł umrzeć w innym miejscu!

Widzisz, na przykład Florencja jest bardziej... - Nie mógł znaleźć słowa.

- Bardziej cywilizowana? - podpowiedziałem ot tak, żeby wypróbować jakiś czasownik.

- Tak, bardziej cywilizowana. A poza tym... - Jakby kontynuując inny wątek rozmowy, który prowadził sam ze sobą, zaczął mówić o chlebie z rozmarynem, który w czasach jego dzieciństwa jadało się we Florencji w Wielki Piątek.

- Dzisiaj można go kupić na co dzień - powiedziałem. - Czyż to nie absurd? I myślę, że nawet zapach rozmarynu rozprowadzają sprayem! Czy wiesz, że teraz we Florencji istnieje sieć piekarń, do których wchodzisz i po zapachu wydaje ci się, że piec stoi tuż za kasą. Nic z tych rzeczy! Wszystko jest sztuczne! Chleb wypiekają zupełnie gdzie indziej, w jakiejś fabryce, a zapach nadają mu na miejscu, rozpryskując jakiś preparat.

Opowiedziałem mu o "inżynierze zapachów", którego poznałem rok wcześniej w Kalkucie. Był Francuzem i próbował sprzedać indyjskiemu przemysłowi samochodowemu ową charakterystyczną woń - mieszankę plastiku, gumy i zapachu macho - jaką charakteryzują się nowe samochody.

(...)

W sprawie mojej chemioterapii nie miał nic do zarzucenia, ale kiedy któregoś dnia powiedziałem, że idę na operację, rozgniewał się.

- Nie ufaj lekarzom. To same głupki. A poza tym, jak możesz pozwolić, żeby wyjęli z ciebie jakieś kawałki? Co to, to nie! - Zażądał papieru i pióra, żeby napisać list protestacyjny do szpitala.

- Nica, jesteś gorszy od Japończyka z Agencji Cesarskiej! - oświadczyłem i rozśmieszyłem go, opowiadając, jak to wysocy funkcjonariusze dworscy musieli się upewniać, czy narzeczona następcy tronu, a więc przyszła cesarzowa, ma jeszcze wszystkie kawałki na swoim miejscu i czy jej ciało jest absolutnie nienaruszone. Podczas ostatniej selekcji, która odbyła się w okresie naszej bytności w Tokio, pewna dziewczyna została odrzucona tylko dlatego że zrobiła sobie dziurki w uszach na kolczyki!

Nica był szczęściarzem. Przez całe życie nigdy go nie otworzono i teraz odchodził, mając wszystkie części ciała w komplecie. Ale umierał leczony i pielęgnowany na łóżku z wodnym materacem, żeby nie zrobiły mu się odleżyny, w mieście, którego nie uważał za "cywilizowane". Nica znający znakomicie wiele języków i potrafiący rozśmieszyć tyle osób, naśladując różne akcenty, na sam koniec zdawał się rozumieć tylko włoski.

A czy ja chciałbym tam umrzeć?

Nie. W gruncie rzeczy nie miałem z tym krajem nic wspólnego. Wszystko to, co moje, należało do innych miejsc...może w Azji, a może - tak naprawdę - w Europie.

Myśląc o tym, opowiedziałem mu, że Chińczycy kazali się dawniej chować tam, gdzie potem kobiety rodziły, aby również symbolicznie ustanowić ciągłość między pokoleniami. Stąd zrodził się kult przodków. W gruncie rzeczy dla Chińczyków ciało nie należało do nich, ale do Chin. Z tamtej ziemi pochodziło i do niej miało powrócić. I nie tylko ciało, ale też wszystko to, co było przez nie produkowane! I by znów go rozśmieszyć, opowiedziałem, jak to pierwsza misja dyplomatyczna Niebieskiego Cesarstwa przybyła do Stanów Zjednoczonych i każdy wchodzący w jej skład mandaryn przywiózł ze sobą specjalne pudełka na fekalia, żeby zabrać je z powrotem do domu. Nawet kupki Chińczyka nie mogły pozostać w tej barbarzyńskiej ziemi! Nica się uśmiechał. (...)

"Nic nie zdarza się przypadkiem"
Tiziano Terzani
Przełożyła Anna Osmólska-Mętrak
Świat Książki 2009

Książka ukaże się 8 stycznia 2009 roku.
Skróty pochodzą od redakcji.