Książka „Moje pierwsze życie” to literacki powrót do mitycznej krainy dzieciństwa. Nieuchronne wydają się skojarzenia z Marcelem Proustem, którego zresztą kilkakrotnie przywołuje pani na jej kartach. Polemizuje pani z wielkim klasykiem?

Bodil Malmsten: Nie, uwielbiam Prousta i w swoich książkach bardzo chciałabym kontynuować jego tradycję – umieć pisać w głęboki i zmysłowy sposób, a jednocześnie pełen lekkiego, humorystycznego wyczucia momentu, w którym żyjemy, i zrozumienia dla upływającego czasu. Bardziej zresztą niż w „Moim pierwszym życiu” jest to chyba widoczne w dwóch innych książkach, które napisałam: „Cenie wody w Finistère” i niewydanej jeszcze w Polsce "Ostatniej książce w Finistère". Czytając Prousta, dowiadujemy się więcej o epoce, w której żył, znacznie więcej niż z książek historycznych czy programów telewizyjnych.

Literatura może być sposobem na wskrzeszanie minionych zdarzeń?

Choć jestem zaprzysięgłym wrogiem nostalgicznego idealizowania przeszłości, wiem, że nie da się od niej uciec. Przeszłość to zresztą sprawa bardzo prywatna. Ludzie na te same wydarzenia często reagują w zupełnie inny sposób. Choćby ja i moja siostra – dorastałyśmy w tym samym miejscu i tych samych warunkach, a jesteśmy zupełnie inne. A przecież przeszłość dla każdej z nas jest ogromnie ważnym czynnikiem – czymś, co nas ukształtowało.

Pisząc „Moje pierwsze życie”, zaznacza pani, że książka, którą czytelnik dostaje do ręki, nie jest ani prawdą, ani fikcją.

„Moje pierwsze życie” tylko częściowo jest autobiografią. Opowieści o moim dziadku w gruncie rzeczy bardziej przypominają legendy czy baśnie o jakichś mitycznych bohaterach. A moje dzieciństwo spędzone w górskiej wiosce na północy Szwecji nie było przecież baśnią.

Jest jeszcze jedna mityczna postać – pani babcia ze strony matki, przedstawicielka starego porządku i starego świata, który już nie istnieje.

Napisałam właśnie opowiadanie o mojej babci – mommie. Posługiwała się dialektem, który umarł razem z jej pokoleniem. Był to właściwie autonomiczny język. Znałam go jako dziecko, ale w szkole nie pozwalano nam się nim posługiwać. Dużo myślę o swojej babci, bo pod wieloma względami jestem do niej podobna. Ona jednak dorastała w czasach, które nie dały jej szansy wykorzystać swoich talentów. W młodości była bardzo biedna. Moje pokolenie dostało szansę spróbowania wszystkiego, na co mieliśmy ochotę. Biedni nie byliśmy nigdy.

Pisze pani, że ludzie, którzy dorastali w Szwecji w latach 60. i 70., zrobili zły użytek z idei socjaldemokracji, stając się nieodpowiedzialnymi egoistami. Krytykuje pani swoje pokolenie?

Urodziłam się w 1944 roku. Dorastałam w Szwecji zaraz po wojnie. Wszyscy wtedy żyli nadzieją na lepszą przyszłość. Pomóc w tym miały dobre szkoły, instytucje gwarantujące opiekę zdrowotną, wysokie zarobki. Moje pokolenie stało więc z rozłożonymi rękami i uważało, że wszystko mu się należy. Otwieraliśmy usta, a pieczone kurczaki same do nich wpadały. Nie musieliśmy o nic walczyć, tak jak walczył choćby mój dziadek, dlatego staliśmy się leniwi. Nie chcieliśmy za nic brać odpowiedzialności, zostawiając ważne decyzje politykom. Oddawaliśmy na nich głosy, potem nawet nie interesując się, co robią z powierzoną im władzą. Nie zostawiliśmy naszym dzieciom lepszego świata niż ten, który nasi rodzice i dziadkowie pozostawili nam.

Nie szczędzi pani słów krytyki także młodszemu pokoleniu, na przykład ludziom, którzy fotografują wszystko za pomocą telefonów komórkowych, a potem rozsyłają zdjęcia do znajomych, by w ten sposób udowodnić sobie, że istnieją. A przecież pani również zamieściła prywatne zdjęcia w swojej książce. Czy nie zrobiła pani tego samego?

Zdecydowanie tak. W zasadzie nie użyłabym tu słowa „krytyka”. Fotografowanie rzeczywistości, zamiast życia w niej, wydaje mi się po prostu czymś absurdalnym i trochę śmiesznym. Ale przecież jako pisarka robię dokładnie to samo. Tworzę obrazy życia, zamiast żyć. O tym jest po części książka „Cena wody w Finistère”. Bohaterka, owo książkowe „ja”, walczy z kretami, nawadnia ogród, pielęgnuje róże i wciąż planuje napisać książkę, którą obiecała madame C.

„Cena wody w Finistère” też jest książką autobiograficzną?

Z tym się nie zgodzę. „Ja” jest tam postacią fikcyjną, podobnie jak madame C. Moje prawdziwe życie nie jest tak ograniczone jak życie narratorki. W rzeczywistości odwiedzają mnie tłumy przyjaciół i krewnych, mam dorosłe dziecko, wnuka i dwóch byłych mężów. Nie istnieje ktoś taki jak Monsieur Le R., a w Finistère nie ma aż tylu kretów. W książce wszystko jest przerysowane, uformowane i stworzone na potrzeby literackie.

Jednak podobnie jak książkowe „ja”, spędziwszy większość życia w Szwecji, po 50-tce zdecydowała się pani wyjechać z rodzinnego kraju i zamieszkać we Francji. Jak żyje się pani na emigracji?

Napisałam o tym już pięć książek – Szwedzi i Francuzi mają po prostu inne spojrzenie na życie, trudno powiedzieć, by któreś z nich było lepsze. Francuzi bez przerwy mówią, strajkują, protestują. Szwedzi są bardziej wyciszeni, nie zawsze potrafią wyrazić, co czują, nie protestują w sposób otwarty, przez co nabawiają się wrzodów i bólów głowy. Poza tym sądzę, że od czasu, kiedy zamieszkałam we Francji – a w kwietniu minie dziewięć lat – Francja stała się bardziej europejska, a Szwecja – amerykańska.

Powiedziała pani kiedyś, że nieco obawia się momentu, kiedy pani książki zostaną przetłumaczone na francuski. To by oznaczało szum medialny, przed którym uciekła pani ze Szwecji.

Nie chcę ryzykować tego, że zobaczę swoje nazwisko na literackich stronach „Le Monde” czy „Le Figaro”. Lubię być anonimowa – jest lepsza niż strach przed popularnością. We Francji jestem nikim, a to bywa dla pisarza bardzo korzystne. Nie należy jednak przesadzać z moją popularnością w Szwecji – nie jestem przecież gwiazdą pop jak ABBA. Ludzie mnie rozpoznają, ale zwykle robią to w dyskretny sposób.

Wielu polskich czytelników jest zaskoczonych pani doskonałą znajomością polskiej literatury. W „Cenie wody w Finistère” przywołuje pani wiersz Leśmiana. Jakich jeszcze polskich twórców pani ceni?

Uwielbiam poezję Wisławy Szymborskiej. Mam to szczęście, że mój przyjaciel Anders Bodegård tłumaczył jej twórczość na język szwedzki. Widziałam i słyszałam Szymborską podczas jej odczytu w Sztokholmie, było to chyba jeszcze, zanim dostała Nagrodę Nobla. To bardzo ceniona poetka w szwedzkim środowisku literackim. Podobają mi się też książki Ryszarda Kapuścińskiego. Przeczytałam je wszystkie, a ich autora miałam okazję poznać osobiście i przedstawić publiczności podczas targów książki w Göteborgu. Było to na kilka lat przed śmiercią Kapuścińskiego.