W kwietniu 2007 roku Amerykę obiegła kuriozalna wieść. Oto bowiem Oprah Winfrey, telewizyjna gwiazda pierwszej wody, wybrała do kolejnego wydania swojego Klubu Książki powieść "Droga" Cormaca McCarthy’ego. Mniejsza nawet o to, że nagrodzona Pulitzerem książka jest ponurą, gorzką, do głębi pesymistyczną historią osadzoną w postapokaliptycznej scenerii. Osobliwość tego wyboru wiązała się raczej z osobą samego twórcy, następcy J.D. Salingera na etacie samotnika i odludka, człowieka nazywanego przez krytyków "najwybitniejszym spośród nieznanych amerykańskich pisarzy". Ten 74-latek przez cztery dekady swojej literackiej kariery udzielił d w ó c h wywiadów dla prasy, mówiąc w nich zresztą tak niewiele, że dziennikarze w każdym z przypadków musieli wręcz stanąć na głowie, by sklecić z tych chrząknięć i bąknięć sensowny tekst. Tym razem McCarthy postawił jeden warunek: ponieważ nie zamierza ruszać się z domu, zaprasza do siebie, do Santa Fe w stanie Nowy Meksyk.

I tak, 5 czerwca 2007 roku, Amerykanie dowiedzieli się, że mają doskonałego prozaika, porównywanego z Melvillem, Faulknerem czy Hemingwayem. Oczywiście autor był już wcześniej znany w kręgach krytyków literackich - na dwa tygodnie przed występem u Oprah, na festiwalu w Cannes, odbyła się premiera filmu braci Coen, wiernie odtwarzającego fabułę jego książki "To nie jest kraj dla starych ludzi". Śmiem jednak twierdzić, że dopiero występ w słynnym talk show (wciśnięty między konwersacje z Michaelem Moorem i Bono) uczynił McCarthy’ego sławnym.

Inna sprawa, że sam wywiad okazał się wydarzeniem dość dziwacznym. Jak napisał w komentarzu dziennikarz "New York Magazine": "Winfrey częstowała McCarthy’ego odgrzewanymi kotletami w rodzaju pytań: Skąd pan bierze pomysły na swoje powieści? Albo: czy ma pan jakieś pisarskie nawyki? On zaś starał się odpowiadać serio, prawdopodobnie dlatego, że jest jedynym pisarzem na Ziemi, który nigdy wcześniej nie słyszał tych kwestii". Trudno nie przyznać mu racji, patrząc na tego onieśmielonego faceta wciśniętego głęboko w fotel i mruczącego coś pod nosem. W Polsce właśnie ukazuje się jedna z jego powieści "Dziecię boże".

Tylko w DZIENNIKU: fragment książki "Dziecię boże" McCarthy'ego >>>

Makabryczna wizja Ameryki w "Dziecięciu bożym" >>>

O biografii twórcy, który stał się dla Amerykanów autorem kultowym, wiadomo raczej niewiele. Urodził się w 1933 roku w Providence, Rhode Island, w rodzinie prawnika jako trzecie z szóstki dzieci. Wkrótce familia przeniosła się do Knoxville, Tennessee, gdzie młody Charles (Cormac to pseudonim literacki) uczęszczał do szkół. "Dość szybko się zorientowałem, że nie zapowiadam się na dobrego obywatela. Szkołę znienawidziłem od pierwszego dnia" - mówił w wywiadzie dla "New York Timesa" w 1992 roku. Próbował także studiów na lokalnym uniwersytecie, ale porzucił je dla armii, przez cztery lata (1953 - 1957) służył w siłach powietrznych Stanów Zjednoczonych, z czego dwa przesiedział w odległej bazie na Alasce, nudę rozpraszając organizowaniem radiowęzła. Wtedy też zaczął interesować się literaturą. - Nigdy nie wątpiłem w swoje umiejętności. Po prostu wiedziałem, że umiem pisać. Problemy sprawiało mi tylko opracowanie techniki jedzenia w trakcie pisania - wspominał.

McCarthy na poważnie zadebiutował w 1965 roku powieścią "The Orchard Keeper". Maszynopis wysłał do wydawnictwa Random House, ponieważ - jak stwierdził - "było to jedyne wydawnictwo, o którym słyszał". Przez blisko trzy kolejne dekady (aż do czasu opublikowania "Rączych koni") żadna z jego książek nie przekroczyła nakładu 5 tys. egzemplarzy w twardej oprawie, co - zważywszy na amerykańskie warunki - jest osiągnięciem więcej niż skromnym. Miał jednak szczęście, trafiając na ludzi, który wierzyli w jego talent i możliwości.

Amerykanie kochają podobne życiorysy: McCarthy był tak biedny, że nie mógł sobie przez wiele lat pozwolić na stałe mieszkanie, nie miał pieniędzy nawet na pastę do zębów, a jego była żona wspomina z ironicznym rozrzewnieniem, że często kąpali się po prostu w rzece. Pisarz znosił owe przeciwności losu ze stoickim spokojem. "Najpiękniejsze w Cormacu jest to, że on się donikąd nie spieszy" - mówi jeden z jego przyjaciół. "Płynie zgodnie ze swoim rytmem, absolutnie pewien własnych możliwości."

W 1976 roku autor przeniósł się z Tennessee do El Paso w Teksasie, prawdopodobnie dlatego, że postanowił poświęcić swoją twórczość scenerii i westernowej legendzie Południowego Zachodu. To była decyzja kluczowa - umieściła bowiem McCarthy’ego w samym sercu amerykańskiej mitologii: nie tylko jako archetypicznego pioniera przekonanego o sensowności swojego celu, lecz także jako czołowego specjalistę od brutalnej dekonstrukcji baśniowej kowbojskiej rzeczywistości.

Już "Dziecię boże" z 1973 roku - historia o psychopatycznym seksualnym mordercy-nekrofilu żyjącym w skrajnej izolacji, w rzeczywistości pozbawionej sensu i miłosierdzia - zapowiadało, że pisarz ma swój szczególny styl i swój szczególny temat. Powieść "Blood Meridian" (1985), porównywana do "Moby Dicka" Melville'a i uważana - do czasów "Drogi" - za czołowe osiągnięcie McCarthy’ego, mistyczna i okrutna rzecz o XIX-wiecznej bandzie łowców skalpów urządzającej krwawe rzezie na pograniczu Teksasu i Meksyku, a potem kolejne książki autora, pokazują, na czym polega jego metoda twórcza. Oszczędny, czasem wręcz patetyczny w słowach, unikający zbędnej interpunkcji, McCarthy przekształca motywy kultury popularnej w ballady o grzechu, samotności i złu, którego nie sposób uniknąć, bo jest immanentną cechą rzeczywistości. "Na amerykańską prozę kryminalną składa się ograniczona liczba prostych składników - pisze jeden z recenzentów. Zbyt wiele pragnień. Zbyt mało mądrości. Zbyt wielu słabych, złych ludzi. Zbyt niewielu silnych i dobrych. A poza tym wolność. Wolność i przestrzeń".

Ameryka została zbudowana na zbrodni i przemocy w świecie pozbawionym widocznych granic - te fundamenty nadal trzymają się mocno. Ale inaczej być może się nie dało. Jak twierdzi pisarz w wywiadzie: "Nie ma życia bez rozlewu krwi. Postulaty, jakoby nasz gatunek można było w jakikolwiek sposób poprawić, że możliwe jest współistnienie w harmonii, uważam za bardzo groźną ideę. Ci, który w nią wierzą, są pierwsi w kolejce do zatracenia swoich dusz, do oddania ich w niewolę".

McCarthy to moralista wyprzedzający swoje czasy - dopiero w latach 90. w prozie anglojęzycznej zapanowała moda na literaturę przekraczającą granice społecznego przyzwolenia, buntowniczą, prowokacyjną, łamiącą normy i reguły dobrego smaku, poruszającą z bezczelną dezynwolturą tematy tabu - by wspomnieć choćby "American Psycho" Breta Eastona Ellisa czy "Fight Club" Chucka Palahniuka. Nagle okazało się, że ci młodzi wówczas pisarze mają prekursora, o którego istnieniu być może nawet nie słyszeli.

Paradoksalnie, najłatwiej chyba zrozumieć nagły afekt amerykańskiej publiczności literackiej do Cormaca McCarthy’ego, czytając nieliczne negatywne opinie na jego temat. Krytycy zarzucają mu nieudolne podrabianie Faulknera i Hemingwaya, fundamentalny brak poczucia humoru, seksizm w postaci unikania postaci kobiecych, wreszcie - tanie moralizatorstwo podbijane stylizowaniem tekstów na cytaty z Biblii. Owa krytyka stanowi lustrzane odbicie zalet pisarstwa McCarthy’ego: jego prostoty, silnego przekazu, szokującej szczerości, pomnikowej - niemal religijnej - powagi, surowej męskości. Prawda, jak zwykle, leży zapewne pośrodku: autor "Drogi" nie jest chyba twórcą tak wybitnym, jak współcześni mu Roth czy Pynchon, ale niewątpliwie jest z nich najbardziej amerykański - amerykański do szpiku kości ze swoim pustelnictwem, małomównością, autokreacją na samotnego kowboja oraz literackim kultem bohaterów wyjętych spod prawa i wyrzuconych poza nawias społeczeństwa. Nawet jeśli przy okazji mówi - a mówi - Jankesom gorzkie prawdy na ich temat.

Sam McCarthy nie robi sobie chyba zbyt wiele z szumu wokół własnej osoby. Jego obecny wydawca potwierdza, że zawarł z sędziwym już twórcą umowę na dwie kolejne powieści. Pisarz, jako że został ojcem dobrze po 60., zajmuje się wychowywaniem najmłodszego syna, a czas spędza z dala od innych prozaików - zdecydowanie woli towarzystwo naukowców. Zapytany przez Oprah o to, co sądzi o milionach czytelników pogrążonych w lekturze jego książek, odparł: "W zasadzie ani trochę mnie to nie obchodzi". Nie ma chyba w tym nic złego, prawda?

Książkę "Dziecię Boże" znajdziesz w sklepie LITERIA.pl >