Chuck Palahniuk "Opętani"
(oryg. "Haunted")
przeł. Maciej Potulny
Wyd. niebieska studnia 2009

p

W świat książek Chucka Palahniuka wchodzi się na własną odpowiedzialność. Amerykański pisarz przyzwyczaił czytelników do poetyki szoku, którą posługuje się, by – cytując Elfriede Jelinek – odbiorca „nie tarzał się jak świnia w błocie, lecz zbladł podczas lektury”. W słynnym „Fight clubie” mieliśmy więc zdegenerowanych yuppies po godzinach oddających się perwersyjnym, brutalnym rozrywkom; w „Udław się” uczestników terapii dla seksoholików, którzy kompensowali sobie frustrację seksualną między innymi poprzez oglądanie filmów, w których małpa faszeruje ludzki tyłek kasztanami.

Mimo że wstępny test naszej odporności na estetyczne eksperymenty fundowane przez Palahniuka powinniśmy mieć za sobą, „Opętani” i tak zapewniają nam rajd po ostrym żwirze. Ponoć gdy amerykański pisarz promował swą powieść na spotkaniach autorskich w Ameryce, czytając wchodzące w skład całości opowiadanie „Flaki”, publiczność mdlała. Mimo że zdrowy rozsądek nakazywałby uznać takie opowieści za część cwanej strategii marketingowej, to lektura tego fragmentu rozbija ewentualny sceptycyzm. Podpowiem tylko, że rzecz (swoją drogą bardzo zabawna) tyczy się przykrych skutków zrewolucjonizowania sposobów męskiego samogwałtu, a tytuł należy potraktować dosłownie.

„Flaki” – jeden z najlepszych skądinąd, najbardziej chorych tekstów w książce, kwintesencja stylu Palahniuka, to jedno z opowiadań, jakie snują uczestnicy dziwacznego kursu kreatywnego pisania. Zorganizowane w tajemniczy sposób zajęcia dla starannie wyselekcjonowanej grupy uczestników odbywają się w starym opuszczonym teatrze. Wśród mieszaniny popaprańców, którzy dla sławy są gotowi całkowicie się wybebeszyć – dosłownie i metaforycznie, są Święty Bez Kiszki, Hrabia Potwarzy czy Towarzyszka Porywcza. Ich osobliwe pseudonimy mają wiele wspólnego z makabrycznymi historiami, jakie sprzedają sobie nawzajem podczas dziwacznych zajęć.

W „Opętanych” Palahniuk znów piętnuje syte społeczeństwo oddające się rozpasanej konsumpcji, pokazując ogrom moralnego szlamu, chorych fascynacji i zwyrodnienia. A przy tym funduje czytelnikowi makabryczną wyprawę do świata, w którym spełniają się najgorsze koszmary. Tym razem czołowy pisarz pokolenia X stworzył powieść, która żwawo czerpie z poetyki horroru – i to jego najbardziej krwawej odmiany gore. Odcięte części ciała szybują tu w powietrzu niczym małe samolociki, kanibalizm wydaje się całkiem rozsądnym wyjściem z trudnej sytuacji żywieniowej, a sława jest celem, dla którego warto się nawzajem pozarzynać. Najbardziej perwersyjna jest jednak wcale nie wyobraźnia, a rzeczywistość – zdaje się szydzić Chuck Palahniuk, odsyłając nas do reality show w rodzaju „Big Brothera”, w którym seks stał się już towarem wyeksploatowanym. Czy następnym będzie zbrodnia?

Nie bez kozery też Palahniuk umieszcza bohaterów swojej książki na odludziu i łączy wspólnym literackim zadaniem. W ten sposób puszcza oko jednocześnie do klasycznej koncepcji XIX-wiecznej powieści detektywistycznej, w której kolejne zbrodnie następują w zamkniętej przestrzeni, starego pomysłu snucia rozłożonych w czasie opowieści rodem z „Dekameronu” czy „Baśni 1000 i jednej nocy” i wreszcie horroru klasy B. A przede wszystkim nabija się ze słynnych w Ameryce kursów kreatywnego pisania, które notabene zrobiły z niego pisarza. Jak sam przyznaje, będąc mechanikiem w Portland, był uzależniony od tych perwersyjnych, drążących wyobraźnię zajęć.

Mimo atrakcyjnego tematu i ambitnej postmodernistycznej otoczki powieść Palahniuka chwilami rozczarowuje. Mnogość opowiadań, przerywana poematami o kolejnych uczestnikach mrocznej literackiej eskapady oraz właściwym ciągiem opowieści, w pewnym momencie zaczyna narracyjnie irytować. A powielany koszmar – nużyć. Upodobanie amerykańskiego pisarza do makabry i chłostania biczem naszej konsumenckiej i obywatelskiej satysfakcji jest znane i cenne, ale mnożone przez kilkaset stron traci na sile. W pamięci zostają głównie obrzydlistwa. „Jeżeli powieść jest zbyt łatwo przyswajalna, ludzie czytają ją z przyjemnością i natychmiast zapominają” – powiedział Chuck Palahniuk, poniekąd tłumacząc swą twórczą koncepcję. „Opętani” z pewnością nie są łatwo przyswajalni – przekonałam się osobiście, że ludzie reagują obrzydzeniem i oburzeniem na samą próbę streszczenia tej powieści. A jednak mimo wyprawy w rejony horroru Palahniuk trochę depcze sobie samemu po piętach. Co było ożywcze w „Rozbitku” czy „Fight clubie” – najlepszych powieściach pisarza – tu jest odgrzewaniem starego kotleta. Kolejna satyra na chore społeczeństwo już tak nie przekonuje. Amerykanin posiada stały zestaw swoich obsesji, dzięki którym wyrobił sobie łatkę nihilisty i cynika; szkoda tylko, że nie próbuje ich przekuć w jakieś bardziej złożone chorobowe powikłania.