Melchior Wańkowicz "Bitwa o Monte Cassino"

Wyd. Prószyński i S-ka 2009

p

Okres Polski Ludowej obfitował w książki, które otaczała aura tajemnicy, generowana nie tylko przez poczynania totalitarnej cenzury, zaciekle tropiącej prawdziwe i urojone antysocjalistyczne treści. Legendę podsycała też chroniczna niewydolność peerelowskiego rynku wydawniczego, który nie licząc zalegających w księgarniach dzieł Lenina i jego pogrobowców, nie był w stanie zaspokoić rzeczywistych potrzeb mas czytających.

Jednym z białych kruków realnego socjalizmu była właśnie „Bitwa pod Monte Cassino”, której skrócone i ocenzurowane wydanie ukazało się w kraju po raz pierwszy w 1958 roku. 30-tysięczny nakład rozszedł się w mgnieniu oka. Zaczytanymi egzemplarzami handlowano potem na bazarach po kilkakrotnie wyższych cenach. Nie pomógł dodruk – doszło nawet do napadu na ciężarówkę z transportem Wańkowiczowskiego bestselleru. Zaskakujące, że podobne afery towarzyszyły premierze książki na Zachodzie. „Bitwa o Monte Cassino” ukazała się we Włoszech w latach 1945 – 1947 nakładem wydawnictwa oddziału kultury i prasy 2. Polskiego Korpusu. Kiedy wyszedł pierwszy tom, kosztujący 800 lirów, pewien polski oficer kupił i wysłał do Anglii kilkaset egzemplarzy, gdzie kolportował je po 3 funty. Oficjalny transport wydawnictwa dotarł na Wyspy dopiero dwa miesiące później. Przedsiębiorczy mundurowy zapewne nieźle się obłowił, wszak w Wielkiej Brytanii przebywały wówczas tysiące weteranów armii Andersa.

Z pewnością niewiarygodną popularność „Bitwa” zawdzięcza tematowi. Batalia o Monte Cassino uchodzi za jeden z największych triumfów polskiego oręża. W maju 1944 roku żołnierze 2. Korpusu Polskiego po krwawych bojach zdobyli bezskutecznie atakowany przez Anglików ufortyfikowany klasztor na wzgórzu, co otworzyło aliantom drogę do Rzymu. Ale było jeszcze coś, co sprawiło, że książka zyskała status, mówiąc dzisiejszym językiem, pozycji kultowej. Jak relacjonowali świadkowie, Wańkowicz, który przebywał w szeregach andersowców w charakterze korespondenta prasowego, nie oszczędzał się, pchał pod kule, sekundował na polu walki żołnierzom wszystkich stopni i specjalności. Już po lekturze kilku stron wiadomo było, że rzecz jest reportażem historycznym nie mającym wtedy w polskim piśmiennictwie odpowiednika. Nie był to pamiętnik ani kronika, lecz monumentalna opowieść z wieloma równorzędnymi bohaterami i planami akcji.

Opisał wojnę z żabiej perspektywy, jej obraz, choć przefiltrowany przez literacką polszczyznę, bywa turpistycznie dosłowny – chwilami, czytając, czujemy swąd spalenizny i jęki rannych. Do naturalistycznej prawdy o heroizmie polskich żołnierzy, weryfikowanej w setkach rozmów i kwerendach w sztabowych archiwach, Wańkowicz dodał rejestry, na które dopiero dekadę później odważył się Andrzej Munk w „Eroice”. Nie przemilczał ciemnych stron polskiej szarży i nie chodzi tu tylko o wyrażoną w trzecim tomie krytykę nieudolności polskich dowódców – których pochopne decyzje w ostatniej fazie walk doprowadziły do ogromnych strat w ludziach – oraz pamiętny rozkaz „wyprzedzić Anglików w zajęciu Piedimonte i zatknąć polską flagę”. Wańkowicz opisał nagminne przypadki okradania trupów niemieckich żołnierzy z zegarków, które Polacy traktowali jak łup wojenny.

Urodzony w 1892 roku pisarz bardziej przystawał do naszych czasów niż do siermiężnej komuny. Żył tak, jakby nie istnieli żelazna kurtyna i Wielki Brat. Zdecydował się na wydanie okaleczonej przez cenzurę „Bitwy” w kraju, czym ściągnął na siebie gniew emigracji. Przychylni mu dotąd publicyści zmienili zdanie na temat jego książki i osoby. Insynuowano, że brał łapówki od żołnierzy, których fotografie umieścił w książce. Jeden z najbardziej obrzydliwych ataków miał miejsce w 1974 roku, już po śmierci pisarza. Na łamach paryskiej „Kultury” Tadeusz Katelbach ogłosił, że w krajowym wydaniu „Bitwy” ani razu nie pojawia się nazwisko generała Andersa. W rzeczywistości powtarza się tam ono 33 razy, jednak sprostowania, które przysłała do Maison Laffitte córka pisarza, Jerzy Giedroyc nie wydrukował. Jeszcze ciekawsze, że ów błąd powtórzył tygodnik „Polityka” w roku... 2004.

Wańkowicz szokował nie tylko emigracyjne elity. Po powrocie do Polski w 1958 roku szybko przylgnęła do niego opinia bufona i reklamiarza. Mel wykorzystywał każdą okazję do autopromocji. Domagał się, żeby płacono mu podwójne honoraria i organizowano wieczory autorskie w największych salach, które notabene bez trudu zapełniał. Dziś taka lanserska postawa budzi raczej zazdrość niż niesmak. Wańkowicz jest bodaj jedynym polskim literatem, na spotkanie z którym do Sali Kongresowej w Pałacu Kultury przybył komplet słuchaczy.

Podobnie jest z oceną „Bitwa o Monte Cassino”. Chylę czoła przez benedyktyńskim wysiłkiem autora, ale jego praca czytana dziś nie robi wrażenia takiego jak kiedyś. Literacki reportaż wojenny nie ma dawnej siły rażenia, jego rolę przejęła telewizja. Zestarzał się też egzaltowany, sienkiewiczowski z ducha styl i język Wańkowicza, który dziś jest już, jeśli nie zabytkiem, to reliktem przedwojennej polszczyzny.

Zobacz i taniej zamów "Bitwę o Monte Cassino" w sklepie LITERIA.pl >