Powieść Rawiego Hage rozgrywa się z dala od Hollywood – jedynie w tytule autor nawiązuje do innego filmu z udziałem Roberta De Niro – słynnego „Łowcy jeleni” z 1978 roku. Wielu kinomanów pamięta z pewnością scenę, w której bohaterowie są zmuszeni zagrać w pewną ryzykowną grę. Broń naładowana tylko jednym nabojem, na kogo wypadnie, ten ma pecha... Mowa oczywiście o rosyjskiej ruletce.

W grę podpatrzoną w filmie o żołnierzach z Wietnamu często zabawiają się Bassam i George, nastolatki żyjący w ogarniętym wojną domową Bejrucie. Dosłownie i w przenośni. Bo nawet jeśli nie ma się pistoletu przystawionego do skroni, to wyjście na ulicę w najzwyklejszych sprawunkach w stolicy Libanu początku lat 80. może przypominać niebezpieczny hazard. Codzienność bohaterów książki Hage to zatem jeden nalot za drugim, lamenty arabskich kobiet, które każdego dnia tracą mężów i synów, i ciągłe pogrzeby ofiar, których imion i życiorysów nikt już nie pamięta. Każdy z bohaterów szuka swojego sposobu na odnalezienie się w wojennej rzeczywistości. George przystępuje do bandy zbirów, Bassam kombinuje, jak uciec z Bejrutu.

Podobny dylemat przeżywał swojego czasu sam Rawi Hage, który opuścił Liban w wieku 17 lat, by zamieszkać w Nowym Jorku, a potem w Montrealu. Jako powieściopisarz zadebiutował stosunkowo późno, ale od razu z wielkim sukcesem – powieść „W co grał De Niro?” została w zeszłym roku uhonorowana prestiżową nagrodą IMPAC. Trudno zresztą powiedzieć, na ile werdykt jury został podyktowany walorami literackimi prozy Hage, na ile zaś skłonnością jurorów literackich nagród do wyróżniania autorów spoza zachodniego kręgu kulturowego.

Na korzyść Hage mógł podziałać również fakt, że pisarzy arabskich na świeczniku obecnie jest stosunkowo niewielu. Chętnie czytamy autorów południowoamerykańskich, tureckich, izraelskich, hinduskich i afrykańskich. Za Arabami nie przepadamy. Arabowie kojarzą nam się z 11 września i kobietami w chustkach. Słowo „muzułmanin” wywołuje w nas strach.

Tymczasem sam Hage nawet nie jest muzułmaninem. „Bejrut był miastem podzielonym tak jak Berlin, choć zamiast muru u nas byli snajperzy” – mówił w jednym z wywiadów, przyznając, że jako chrześcijanin pierwszy poważny kontakt ze społecznością islamską przeżył dopiero w wieku 16 lat.

Problem przynależności religijno-etnicznej Hage porusza również w swojej książce. Główny bohater Bassam w końcu ucieka z Bejrutu do Paryża, lecz ląduje z deszczu pod rynnę. W Libanie był bowiem celem ataków jako chrześcijanin, a po przybyciu do Europy natychmiast pada ofiarą dyskryminacji jako Arab. Nie bez powodu pierwszą lekturą, na jaką trafia przybyły do Francji nastolatek, jest „Obcy” – choć jego percepcja dzieła Camusa różni się od europejskiej. Inaczej w ustach osieroconego uciekiniera z Bejrutu zabrzmią również słowa: „Dzisiaj umarła mama. Albo wczoraj, nie wiem”.

Książka „W co grał De Niro” jest napisana sprawnie, choć trudno ją nazwać arcydziełem. Hage nie potrafi oddać absurdów wojny na Bliskim Wchodzie w sposób tak zaskakujący, jak robi to Etgar Keret. Nie umie też prześwietlić konfliktu tożsamości imigranta w społeczeństwie zachodnim tak wnikliwie, jak czyni to choćby Zadie Smith. Z pewnością jednak wypełnia jakąś lukę w literaturze światowej. Europa potrzebuje korepetycji z tematyki bliskowschodniej, a powieść Hage nadaje się na pierwszy podręcznik.

Malwina Wapińska

Rawi Hage,

W co grał De Niro

(De Niro’s Game)

przeł. Agnieszka Lakatos

PIW, Warszawa 2009

34,90

****