Kiedy w wieku 21 lat wydałeś swoją pierwszą książkę, zostałeś okrzyknięty cudownym dzieckiem literatury. A jednak wielki sukces cię przytłoczył i zniechęciłeś się do pisania. Czy to cena, jaką musi zapłacić młody autor, który nagle robi karierę?

Richard Mason: Rzeczywiście wszystkie moje nastoletnie marzenia bardzo wcześnie się spełniły. Z początku byłem podekscytowany, ale prędko się tego przestraszyłem. Nie miałem jeszcze prawa jazdy (śmiech), a nagle spłynęły na mnie literackie honory – pokazywałem się w telewizji, dawałem wywiady do prasy, CNN zrobiło o mnie film dokumentalny. Kultura zachodnia żywi się mitem sławy – twórca jakiejkolwiek dziedziny musi zostać streszczony do paru zdań i wrzucony w medialny kocioł. Tak trochę stało się ze mną. A jednak kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze symptomy przygnębienia, pomyślałem, że muszę być szalony, jeśli nie cieszę się z tego, co dostaję – przecież to powszechne marzenie odnosić sukcesy, być sławnym. A ja byłem w amerykańskim „Vogue’u”! Okazało się, że bycie osobą publiczną jest niesłychanie męczące i wcale nie przynosi szczęścia. A najgorsze było to, że zatraciłem radość płynącą z pisania. Pamiętam nawet, że rozkleiłem się publicznie w londyńskim autobusie i osoba siedząca obok mnie zapytała, czy się dobrze czuję. Pomyślałem wtedy, że muszę uciec od tego wszystkiego i odnaleźć w sobie zgubioną radość opowiadania historii.

Sława i jej medialna otoczka cię przytłoczyła. Ale czy w dzisiejszym świecie, można funkcjonować poza tym obiegiem, jeśli wykonuje się zawód publiczny?

To nie jest wymysł współczesny. Pisarze XVIII- i XIX-wieczni byli obiektami ataków na łamach prasy, pisano na nich pamflety. Ale agresywna tabloidyzacja to rzeczywiście dzisiejszy wynalazek. Dziś bycie osobą publiczną to rodzaj prostytucji. Byłaś kiedyś w Amsterdamie? Tamtejsze prostytutki muszą przechadzać się w oknach wystawowych i zachęcać klientów, by skorzystali z ich usług. Tak właśnie się czułem (śmiech). Pomyślałem sobie: uwielbiam pisać książki, ale czemu trzeba je później publikować?

Twoja trzecia książka „Rozświetlone pokoje”, która właśnie ukazała się w Polsce, to opowieść o dwóch kobietach – starzejącej się matce i jej córce w średnim wieku. Dlaczego zafascynowały cię właśnie kobiety i ich świat?

To nie tak, że jestem bardziej zainteresowany światem kobiecym niż męskim. W książce najważniejsze jest zbudowanie wiarygodnej historii, wykreowanie spójnego świata. Jeśli pisarz chce to zrobić, musi umieć przekraczać samego siebie, granice wieku i płci. Nie planowałem, że napiszę o kobietach, podążyłem po prostu za pomysłem, który pojawił się w mojej głowie.

Pochodzisz z Południowej Afryki, skąd wywodzi się duża grupa pisarzy, którzy odnieśli sukces artystyczny, są laureatami Nagrody Nobla i mają rzesze czytelników na całym świecie – jak Nadine Gordimer, J.M. Coetzee, Doris Lessing. Co takiego jest w południowoafrykańskim doświadczeniu rzeczywistości, że dobrze sprawdza się w literaturze, zyskując uniwersalność?

Południowa Afryka to kraj, gdzie współistnieją obok siebie przedstawiciele wielu różnych kultur, co stwarza wielki potencjał dla ludzkiego dramatu. Tradycja powieści europejskiej jest długa – gdy zna się brytyjskich pisarzy, widać, że oni wszyscy byli do pewnego czasu wyrazicielami pewnego typu doświadczenia – jak to jest być członkiem brytyjskiej klasy średniej i mieć córkę, która wychodzi za mąż. Znamy to z niezliczonych powieści. Tymczasem Afryka jest ciekawym miejscem narodzin nowego rodzaju dramatu, zupełnie innego od tego, który znamy jako członkowie zachodniej części Europy. Poza tym sądzę, że ludzie Zachodu chcą czytać te książki, bo czują łączność z Południową Afryką, jako że włożyli wiele wysiłku w sprawę obalenia tamtejszego reżimu.

O bolesnej historii RPA piszesz w „Rozświetlonych pokojach”. Czy kryje się za tym chęć powstrzymania podobnych wydarzeń w przyszłości?

Tak, myślę, że na pisarzach spoczywa szczególna odpowiedzialność przypominania ludziom o rzeczach bolesnych, o których łatwo się zapomina. Pisząc o RPA, chciałem też dokonać osobistej wiwisekcji, przypomnieć sobie własne korzenie. Wszystkie gazety opisują mnie jako stuprocentowego Brytyjczyka, który skończył Oksford – denerwuje mnie to, gdy przypomnę sobie, że moja prababka była więźniem założonego przez Brytyjczyków obozu koncentracyjnego w Afryce Południowej. Kiedy dowiedziałem się o historii mojej rodziny i o wojnach burskich, zdumiała mnie zbieżność tej sytuacji z tym, co działo się w Iraku w 2003 roku. Światowa potęga ponownie zaatakowała słabszego przeciwnika, posiadającego cenne złoża naturalne – w przypadku Afryki Południowej były to złoto i diamenty, a Iraku ropa. W „Rozświetlonych pokojach” chciałem uchwycić tę paralelę i opowiedzieć coś o współczesnej sytuacji na świecie.

To w literaturze częsty zabieg – ukryć krytykę współczesności pod historycznym płaszczykiem.

To skuteczna metoda. Pisarze nie muszą wypowiadać się w bezpośredni sposób. Jeśli chcesz wyrazić swój sprzeciw odnośnie politycznych wydarzeń, możesz napisać esej do „New Yorkera”. Ale polityczne eseje nigdy nie zmieniły ludzkiego sposobu myślenia.

A literatura ma tę siłę?

Opowiadanie historii ją ma, bowiem dzięki temu w niezwykły sposób wkradasz się do ludzkiego umysłu. Świetnym przykładem był XVI-wieczny dramaturg Christopher Marlowe, który pisał wspaniałe sztuki, w środku których tkwiła totalna krytyka kalwinizmu i homofobii. Wydaje mi się, że jeśli wszczynasz z kimś kłótnię, druga strona może prędko stworzyć racjonalną barierę, zamknąć się przed argumentami. Natomiast kiedy opowiadasz historię, skłaniasz ludzi do myślenia o nich samych w nieco inny sposób, niż to dotychczas czynili.

To ciekawe, bo zazwyczaj słyszy się, że literatura jest bezużyteczna, nie może nic zmienić.

Całkowicie się z tym nie zgadzam! Przecież sami jesteśmy opowieścią, nasze życie oparte jest na opowieści! Sami sobie opowiadamy historie o nas samych, o naszej przeszłości. Ja też zostałem w dużej mierze ukształtowany poprzez książki, które przeczytałem. Wpłynęły one na moje estetyczne odczucia, mój sposób widzenia rzeczywistości. Literatura uczy nas empatii w stosunku do ludzi, którzy są nieco inni od nas. Mam nadzieję, że ludzie, którzy przeczytali „Rozświetlone pokoje”, będą umieli inaczej spojrzeć na starszą panią siedzącą na wózku. Może pomyślą, że nie jest szalona, a po prostu przeżywa niesamowitą wewnętrzną przygodę dzięki temu, co zachodzi w jej głowie. To są cuda, które sprawiać mogą tylko pisarze.