Na pierwszej naradzie po puczu wokół konferencyjnego stołu w kwaterze głównej zasiadło ośmiu generałów, w tym szefowie marynarki i sił powietrznych. Mając na uwadze historyczną wagę spotkania, ordynansi rozpylili w powietrzu różany odświeżacz i sala pachniała, jakby w niej stała świeżo zamknięta trumna. Adiutant generała o nazwisku Beg – dwugwiazdkowy generał cierpiący na niekontrolowane ataki kichania – siedział w kącie z białą chustką przy nosie, gotowy zapamiętać każde słowo, jakie padnie podczas konferencji. Przed każdym z uczestników leżała zielona skórzana teczka z programem spotkania, ozdobiona wypukłym wzorem – złote skrzyżowane szable, a pomiędzy nimi cienki sierp księżyca. Zia zauważył, że choć wszyscy na jego widok wstali i zasalutowali, to jednak zaraz potem usiedli, nie czekając, aż generał zajmie swoje miejsce. Rozsiedli się wygodnie i zanim Zia zdążył oficjalnie rozpocząć spotkanie, dowódca marynarki odezwał się na cały głos:

– Chciałbym oświadczyć, że zostałem poinformowany o puczu już po jego rozpoczęciu...

W sali rozległo się stłumione kichnięcie generalskiego adiutanta. Zia postanowił wykorzystać moment ogólnej nieuwagi i zabrać głos. Rzucił dowódcy marynarki dobroduszne spojrzenie i przemówił pojednawczym tonem:

– Naturalnie, bardzo chętnie wysłuchamy pańskiego oświadczenia i oczywiście z wdzięcznością przyjmiemy pańskie wskazówki dotyczące naszych dalszych poczynań. Ale ponieważ wszyscy spotykamy się pierwszy raz po tym, jak zdołaliśmy ocalić nasz kraj, nie przelewając ani jednej kropli krwi, proponuję zacząć naradę od przeczytania fragmentu z Koranu. Niech Allah wspomaga nas we wszystkich naszych wysiłkach.

Zebrani poruszyli się na swoich miejscach, niepewni, jak zareagować. Wszyscy byli muzułmanami i wszyscy znali religijne inklinacje Naczelnego. Niektórzy z nich, prowadząc rozmowy na „bezpiecznych” liniach telefonicznych, nazywali go nawet mułłą. Jednakże narada to narada; mieszanie religii z kierowaniem państwem było dla nich zupełnie niezrozumiałe. Trwające ćwierć wieku wojskowe szkolenia przygotowały ich do wielu zadań: potrafili wznosić toasty w pięciu językach, równo maszerować i brać udział w wojskowych ćwiczeniach wspólnie z najlepszymi armiami świata. Gdyby zechcieli zrzucić mundury, mogliby rozpocząć kariery w dyplomacji albo zakładać uniwersytety. A jednak wszystkie kursy dowodzenia i cała zdolność przetrwania w rozmaitych warunkach były w gruncie rzeczy warte tyle co nic. Bo w obliczu propozycji Naczelnego, by odczytać fragment z Koranu, nie umieli powiedzieć „nie”. Potrafili tylko kręcić się niespokojnie na swoich miejscach i wdychać różany zapach.

Generał Zia wyjął ze swojej teczki niewielki Koran w okładce koloru fuksji, założył okulary i zaczął czytać. Wszyscy dowódcy pochylili z szacunkiem głowy i słuchali w milczeniu, a niektórzy przytknęli nawet dłonie do ust i rozmyślali, czy aby wkrótce nie będą musieli zmierzyć się z konsekwencjami swojego bezbożnego postępowania.

Czytanie trwało nie dłużej niż trzy minuty. Generał Zia miał chrapliwy głos, ale Koran ma w sobie jakąś tajemniczą moc, która sprawia, że podczas czytania go nawet najbardziej nieprzyjemne tony stają się miłe dla ucha. Skończywszy czytanie, Zia odwrócił się do generała po swojej lewej stronie i oddał mu księgę.

– Jako że generał Achtar mówi świetną angielszczyzną, pozwolę sobie poprosić go, by dla tych z nas, którzy nie znają arabskiego, odczytał tłumaczenie.

Kompletny nonsens, pomyślał dowódca marynarki. Żaden z nas nie zna arabskiego.

Tymczasem generał Achtar zaczął czytać niepewnym głosem:

– Oto zaczynam, w imię najświętszego, najłaskawszego Boga. Zia ani na chwilę nie spuszczał oczu z czytającego. A kiedy generał Achtar skończył, Zia natychmiast wyrwał mu księgę i zaprezentował ją swoim generałom.

– Jakie jest według was przesłanie fragmentu, który odczytałem?

– W sali panowała cisza, którą nagle przerwał generał Beg, wydmuchując nos w swoją chustkę. – No dalej, śmiało. – Generał Zia podniósł głos i nie czekając dłużej, sam odpowiedział na swoje pytanie: – Po arabsku słyszymy: „W imię Allaha”. Nie w imię Boga, nie w imię bogów, nie w imię jakiegoś nieokreślonego bóstwa. W imię Allaha. – Tu zrobił dramatyczną pauzę. – Pozwólcie, że przypomnę wam, moi bracia, że pierwszą rzeczą, którą musi powiedzieć niemuzułmanin, by zostać muzułmaninem, pierwszą prawdą wiary, którą każdy wierzący musi wygłosić, jest: „Nie ma Boga prócz...”. – Przerwał po raz kolejny i przyglądnął się twarzom zebranych w oczekiwaniu, że usłyszy, jak któryś z nich kończy kalimę*. W sali panowała jednak głucha cisza. – Nie ma Boga PRÓCZ... – powtórzył.

– Allaha – zamruczeli wszyscy, zupełnie jak dzieci w szkole, które nie są pewne, czy zadane pytanie nie jest przypadkiem podchwytliwe.

– Tak – generał Zia uderzył pięścią w stół. – Moi drodzy generałowie, zanim zaczniecie protestować i zgłaszać swoje propozycje, ustalmy jedną rzecz. Nie ma Boga, jest tylko Allah. A skoro sam Allah mówi, że nie ma Boga, zapomnijmy raz na zawsze o tym słowie. Przestańmy udawać, że Bóg to Allah. To wytwór myśli Zachodu; jeżeli ją zaakceptujemy, przestaniemy rozróżniać, kto jest stwórcą, a kto tym, który niszczy. Szanujemy wszystkie religie, a zwłaszcza chrześcijaństwo i judaizm. Ale czy chcemy się do nich upodobnić? Chrześcijanie nazywają Jezusa synem Boga. Czy mamy rozumieć, że jakiś bóg zstąpił z niebios, nawiedził Marię, kiedy ta spała i... – Tu wyciągnął lewą dłoń, połączył kciuk z palcem wskazującym i w tak utworzone kółko włożył środkowy palec prawej ręki. – Żydom też niewiele brakuje, by nazywać Mojżesza swoim Bogiem. Myślicie może, że dla naszego ludu to bez znaczenia: Bóg, Allah, co za różnica? – Ostatnie zdanie wypowiedział z urywanym angielskim akcentem, który preferowało wielu jego generałów. – Ale kto ma im powiedzieć, że wierzymy w Allaha, a nie w jakiegoś innego boga? Czy nie sam Allah wybrał właśnie nas, byśmy położyli kres temu nieporozumieniu? – Tu zawahał się i jakby wiedziony nagłym impulsem postanowił odwołać się do patriotyzmu swoich braci generałów. – Nawet hinduiści nazywają swoje sześcioramienne potwory bogami. Czy to nie jest już wystarczającym powodem, by zapomnieć o istnieniu tego słowa? A jeżeli któryś z was obawia się, że ludzie nie zrozumieją sensu różnicy pomiędzy Bogiem a Allahem, proponuję, by zostawić to Allahowi.

Absolutna cisza, która nastąpiła po jego krótkim przemówieniu, w zupełności go usatysfakcjonowała.

– Czy możemy teraz wysłuchać protestu dowódcy marynarki?

Dowódca marynarki, któremu wykład o boskiej nomenklaturze zrobił zupełny mętlik w głowie, poczuł się nagle bardzo mały. Obawiał się, że ponieważ cały naród nazywa Boga różnymi, nieprawidłowymi imionami, dojdzie do naruszenia protokołu.

Z kolei generałowie, którzy za plecami Zii nazywali go mułłą, poczuli się zawstydzeni. Nie doceniali go. Nie dość, że rzeczywiście był mułłą, to jeszcze jego rozumienie religii wychodziło poza powtarzanie tego, co mógłby usłyszeć od innego mułły. Mułła bez brody, mułła w mundurze czterogwiazdkowego generała, mułła z instynktem skorumpowanego inspektora podatkowego.

Pozostali zaś siedzieli zszokowani za stołem i próbowali zrozumieć to, co przed chwilą usłyszeli. Gdyby generał Zia umiał czytać w ich myślach, oto co by wyczytał:

„Czego uczyli go w tym Sandhurst?”.

„Naród, któremu się wydaje, że pochodzi od samego Boga, ma wreszcie to, na co zasłużył: plotącego bzdury głupca, który myśli, że został wybrany przez Allaha, aby oczyścić jego imię”.

„On ma rację. Jakim cudem sam nigdy na to nie wpadłem?”.

„Ciekawe, kogo mianuje swoim zastępcą?”.

„Czy ja jestem na spotkaniu dowódców wojskowych czy w wiejskim meczecie?”.

„Od dzisiaj zakazuję używania w moim domu słowa Bóg”.

„I kto by pomyślał, że pod tym mundurem kryje się teokratyczny geniusz?”.

„Czy możemy wrócić do programu narady? Kurwa, przed paroma godzinami obaliliśmy wyłoniony w wyborach rząd. Czy nie powinniśmy się teraz zastanowić, jak, do cholery, rządzić tym krajem? Przecież sam Allah nie zstąpi, żeby patrolować ulice”.

Jedyną osobą, która zdecydowała się wyrazić swoje myśli, był generał Achtar – były bokser wagi średniej, gładko ogolony mężczyzna plemiennego pochodzenia, który miał w sobie tak ogromne pokłady żołnierskiej powagi, że gdyby urodził się w jakimkolwiek innym kraju, na którymkolwiek z kontynentów, na pewno i tak zostałby generałem. Jego wojskowy sznyt, a także szczególny talent do podlizywania się przełożonym zdążyły już przejść do legendy. W koszarach popularny był żart, że gdyby tylko chciał, mógłby zmieść z powierzchni ziemi cały pułk wrogów, wylizując im dupy.

Pozostali generałowie przestali rozmyślać i pochylili się na swoich krzesłach, by wysłuchać, co ma do powiedzenia generał Achtar.

– Dzięki łasce Allaha uratowaliście kraj od niechybnego zniszczenia, dzięki łasce Allaha powstrzymaliście polityków od strącenia narodu w niebyt i czarne czeluście. Chcę podziękować... – Tu przerwał, bo omal nie podziękował Bogu, po czym z szacunkiem położył obie ręce na zielonej teczce. – Chcę podziękować Allahowi, a także obdarzonemu wizjonerskimi zdolnościami szefowi sztabu, który natchniony przez Allaha wielką mądrością, podjął w odpowiednim czasie właściwą decyzję. – Znów przerwał i spojrzał na zebranych. – Chcę również podziękować naszym niezwykle utalentowanym dowódcom siedzącym przy tym stole, którzy na rozkaz szefa sztabu przeprowadzili pucz tak sprawnie, że nie padł ani jeden strzał i nie została przelana ani jedna kropla krwi.

W wyniku przemówienia generała Achtara rozkład sił przy stole uległ zdecydowanej zmianie. Ośmiu generałów – mimo różnego stosunku do religii, różnych gustów w kwestii whisky i kobiet i różnych angielskich akcentów – doszło nagle do tego samego wniosku: zabierając głos, generał Achtar wysunął się na pierwszą pozycję. To oni powinni byli powiedzieć te słowa. Powietrze o zapachu róż stało się nagle nieznośnie ciężkie. Generał Beg wytarł nos i schował chustkę do kieszeni.

Nareszcie nadszedł czas, by zająć się programem spotkania: należało pilnie zabezpieczyć granice państwa, wynaleźć prawne uzasadnienie dla puczu i zwerbować polityków, którzy poparliby wojskowy reżim. Generał Zia wspomniał też o bardziej przyjemnych stronach nowej sytuacji:

– Będę potrzebował gubernatorów prowincji i ministrów. Komu innemu miałbym ufać, jeśli nie profesjonalistom zgromadzonym przy tym stole?

Na koniec wszyscy wstali i pokrzepieni opuścili salę, choć każdy pamiętał o tym, co tego dnia usłyszał od Naczelnego. W ciągu następnych jedenastu lat wielu z nich miało przejść na emeryturę. Niektórzy zostali wysłani, by rządzić prowincjami, a miejsce innych zajęli młodsi. A jednak dwie kwestie, które nie znalazły się nawet w programie narady, przetrwały potężny, mający nastąpić w przyszłości zamęt: generał Achtar pozostał generałem aż do swojej śmierci, a wszelkie imiona Boga zostały wymazane z narodowej pamięci – jakby przez kraj przeszła wielka wichura, która ostatecznie zdmuchnęła je z powierzchni ziemi. A przecież było tak wiele niewinnych, swojsko brzmiących określeń: perskie Choda, zawsze przydatne dla mistrzów gazali**, ponieważ rymowało się z większością czasowników właściwych; Rab, chętnie przywoływane przez ludzi, których dotknęło nieszczęście; Maula, wykrzykiwane podczas mistycznych rytuałów przez odurzonych haszyszem sufich. Allah nadał sobie dziewięćdziesiąt dziewięć imion. Jego lud wymyślił całe zastępy kolejnych. Ale wszystkie one zaczęły stopniowo zanikać; ginęły z urzędowych pism, piątkowych kazań, prasowych felietonów, z matczynych modlitw, kartek z życzeniami, służbowych notatek, z wypowiedzi gospodarzy teleturniejów, z książek dla dzieci, miłosnych piosenek, sądowych nakazów, grzecznościowych formułek recytowanych przez telefonistów, pism zarządzających doprowadzenie zatrzymanego do sądu, z międzyszkolnych konkursów krasomówczych, przemówień na otwarcie nowych dróg, nabożeństw pogrzebowych, z kursów gry w krykieta i nawet z tabliczek żebraków.

*kalima – arab. słowo, także Słowo Boże i pierwsza formuła, czyli wyznanie wiary

**gazal – forma poetycka znana przede wszystkim w literaturze perskiej

Przełożyła Olga Masoń-Kędzierska

Książka ukaże się 18 czerwca 2009 roku nakładem Wydawnictwa Znak.