"Nazywam się Moore, Roger Moore"

(oryg, "My Word Is My Bond")

Roger Moore

Przeł. Lech Żołędziowski

Wyd. Albatros 2009

p

Ile z około 70 ról Rogera zapamiętają widzowie? Bonda, Świętego, jednego z „Detektywów z wyższych sfer”, może rycerza Ivanhoe… Nie był nigdy wybitnym aktorem teatralnym: „Nie jesteś za dobry, więc jak wyjdziesz na scenę, to dużo się uśmiechaj” – miał mu powiedzieć reżyser jednego z pierwszych spektakli, w których grał epizod. Michael Caine przezywa go „Wielkim Ściegiem”, bo na początku kariery wiązał koniec z końcem, reklamując swetry. Już przy pierwszej chałturze statysty poczuł, że aktorstwo to jego powołanie, ale nigdy nie traktował go przesadnie serio. Drogę zawodową – od epizodu rysownika przy animacjach przez rzucenia szkoły w 15 roku życia, by studiować aktorstwo, po role w Hollywood – opisuje jako jedną wielką zabawę, tymczasową przygodę.

Jakie są zalety autobiografii „Nazywam się Moore, Roger Moore”? Aktor bywa zaskakująco szczery. Niekiedy balansuje na granicy dobrego smaku – na przykład opisując chude lata na scenach repertuarowych teatrów, gdy w jego diecie były tylko tosty i fasolka, której gazopędne działanie dawało o sobie znać podczas występów. O „Świętym” pisze: „Były to szczęśliwe lata obcowania z postacią, do której łatwo przykroiłem swoje ograniczone zdolności”. Podobnie kiedy wyznaje, że jego sposobem na granie Bonda było „wyobrażanie sobie, że wszyscy kolejni złoczyńcy, z którymi przychodziło mu walczyć, cierpią na nieświeży oddech”. Jest też zaskakująco skromny, gdy opisuje pierwsze kroki na kontrakcie w wytwórni MGM i zachwycie klasą (i biustem) Elizabeth Taylor.


Moore jest niewątpliwie utalentowanym gawędziarzem, którego nietrudno wyobrazić sobie brylującego w towarzystwie. Jednak z przenikliwością, z jaką patrzy na siebie, nie potrafi patrzeć na innych – niezliczone spotkania z wielkimi świata kina (być może nie chcąc być posądzonym o plotkarskie zapędy) zbywa pojedynczymi zdaniami czy grepsami. Czasem udaje mu się wprawdzie celnie określić kogoś (np. Sinatra miał mu powiedzieć: „Trzeba, chłopcze, kochać życie. Bo umieranie jest do dupy”), ale zazwyczaj ślizga się na bezpiecznej granicy, woli żartować, niż analizować. Przez to jego wspomnienia są zbyt uładzone, wyraźnie czuć w nich, kiedy cenzuruje swoją opowieść.

Z punktu widzenia kinomana mało tu też nowych wiadomości – najbardziej zaskakującą może być ta, że jednorazowy Bond George Lazenby („W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”), wedle słów Moore’a był błagany przez producentów, by podpisać kontrakt na kolejne siedem odcinków. Z drugiej strony jak na towarzyską lekką opowiastkę autobiografia ta jest zbyt skrupulatna. Moore miejscami zanudza czytelnika ciągnącymi się przez wiele stron szczegółami, zarzuca niekoniecznie mówiącymi cokolwiek nazwiskami.

Nie jest to książka dla tych, których interesuje sztuka aktorska. Ani kawał historii kina, którego Moore jest częścią od ponad 60 lat. Raczej dla tych, którzy mają sentyment do najzabawniejszego Bonda w historii serii.