"Big Guy i Rusty Robochłopiec"

(oryg. "Guy and Rusty the Boy Robot")

Scenariusz: Frank Miller

Rysunki: Geof Darrow

przeł. Michał Cetnarowski

Wyd. Egmont Polska 2009

p

„Hard Boiled” był destrukcyjną jazdą bez trzymanki, luźno inspirowaną dziełami Philipa K. Dicka opowieścią o poszukiwaniu swojej tożsamości. Bardziej jednak niż ironiczny scenariusz Millera liczyły się w nim precyzyjne ilustracje Darrowa, wręcz eksplodujące krwią, gruzem, wrakami samochodów i odłamkami szkła. „Big Guy...”, utrzymany w podobnej stylistyce graficznej, jest o wiele łagodniejszy. O ile można tak powiedzieć o komiksie, którego osią jest walka z gigantycznym, dinozauropodobnym stworem pustoszącym ulice Tokio.

Zaraz, zaraz... Brzmi znajomo? Oczywiście, bowiem Miller tym razem wziął na warsztat klasyczną serię filmów o Godzilli, przedstawiając jej własną, nieco zwichrowaną wersję. Z potworem – zmieniającym ludzi (przynajmniej tych, których nie pożre) w podobne mu ohydne monstra – walczy więc początkowo najnowsze dziecko japońskiej myśli technicznej – uroczy Rusty Robochłopiec, który jednak w starciu z potężnym przeciwnikiem nie ma większych szans. Z odsieczą przybywa więc prawomyślny robot Big Guy – nie tylko po to, by pokonać niosącego śmierć jaszczura, ale przede wszystkim, by udowodnić, że bez Ameryki ani rusz... Stalowy przybysz z USA musi więc wziąć sprawy we własne chromowane ręce.

„Big Guy i Rusty Robochłopiec” aż prosi się o polityczną interpretację, ale jest przede wszystkim radosną kpiną z tandetnego kina katastroficznego i patetycznych superbohaterskich komiksów z lat 60. i 70. Miller, który swoim „Powrotem Mrocznego Rycerza” (opowiadającym dzieje podstarzałego Batmana, po latach niebytu stającego ponownie do walki ze złem) wywrócił hierarchię komiksów o zamaskowanych herosach do góry nogami, tym razem zakpił z konwencji na całego. Bohaterowie – nawet drugo- i trzecioplanowi, siejącego zniszczenie jaszczura nie wyłączając – nie mówią, ale przemawiają („Do ostatniego mężczyzny... Do ostatniej kobiety... Będziemy walczyć! A ostatnim oddechem... przeklniemy cię bestio!”), nie chodzą, ale maszerują, wreszcie nie walczą, ale mężnie stawiają czoła.

Miller kpi, szydzi, bawi się archaicznymi formami opowieści science fiction, ale jego scenariusz jest przede wszystkim pretekstem do pokazania widowiskowej demolki drobiazgowo wyrysowanej przez Darrowa. Niczym w najlepszym filmie katastroficznym budynki walą się tu w gruzy, w powietrzu fruwają wraki samochodów i pociągów, a akcja nabiera kosmicznego rozpędu z każdym kadrem. Nie ma to wszystko, oczywiście, większego sensu, poza czystą radością z oglądania niczym nieskrępowanej, bezpretensjonalnej destrukcji.

Co ciekawe, na podstawie tego mocno niepokornego albumu powstał całkiem łagodny – i raczej schematyczny – serial animowany. Millerowi się podobał, ale po dwóch sezonach został zdjęty z anteny.